Chen Minghian: Razem i osobno – moje życie z Liu Xianbinem (dla żon wszystkich dysydentów)

Część pierwsza

 

Przed kilku laty, gdy Xianbina zamknęli w syczuańskim więzieniu numer trzy, prowadzący kampanię o jego uwolnienie Ouyang Yi poprosił, żebym napisała coś o sobie i mężu. Nie mogłam tego zrobić, naprawdę. Poznaliśmy się w najbardziej prozaiczny sposób; choć ludzie tak je lubią, nie było w tym nic z bajki. W listopadzie 1993 roku uczyłam w szkole średniej w Suiningu, a Xianbin wyszedł właśnie z więzienia Qincheng i pomagał w sklepie bratowej, do której często wpadałam na pogaduchy. I tak się spotkaliśmy.

O czym rozmawialiśmy? Już nie pamiętam. Choć widziałam na własne oczy wydarzenia 1989 roku, bardzo byłam ciekawa jego przeżyć. Tryskał optymizmem i energią, mimo że tyle wycierpiał – czy w ogóle coś mogłoby go złamać? Bardzo mi się podobał. Był bez pracy i miał hukou, meldunek, na wsi, ale czułam, że ani jedno, ani drugie nie odegra większej roli w naszym życiu. Wiedziałam, że jeśli on zdoła zadbać o siebie, ja sobie poradzę i zarobię na dzieci.

Związaliśmy się w marcu następnego roku. Xianbin zaczął wtedy kursować między Suiningiem a Chengdu sprzedając napój, który nazywał się „herbata z mango”. Nigdy nie zależało mi szczególnie na pieniądzach, ale cieszyłam się, że ma serce do pracy.

Chyba jakoś w maju powiedział, że chce jechać do Pekinu. Poszliśmy się przejść po starych uliczkach. Bał się, że będę czuła się samotna, i chciał mi kupić czarno-biały telewizor. Odmówiłam. Zaproponował wtedy złoty naszyjnik. Nie chciałam. W końcu doszliśmy do wniosku, że zrobimy sobie w prezencie zdjęcie. Po odwiedzeniu kilku zakładów okazało się, że nikt nie zamierza zawracać sobie głowy pstryknięciem jednej fotki, i musieliśmy wydać trzydzieści pięć yuanów na zestaw czterech zdjęć w stylu ślubnym.

W czasie letnich wakacji brat zabrał rodzinę do stolicy. Przekazałam przez nich list i coś do ubrania. Przywieźli mi odpowiedź i pudełko kaset z odcinkami tajwańskiego serialu „Lata”. Xianbin pisał, że rozpłakał się, gdy siedząc samotnie w parku, usłyszał w oddali pianino. Tęsknił za domem.

Nasze małżeństwo zarejestrowaliśmy trzynastego września 1994 roku. Xianbin się spieszył, nie było czasu na zrobienie normalnych zdjęć, więc na akcie nalepiliśmy jedną z tamtych czterech czarno-białych fotografii. Chyba za mną tęsknił, bo prosił, żebym zastanowiła się nad poszukaniem pracy w Pekinie, ale nic z tym nie zrobiliśmy. Ponieważ jego matka nalegała, dwudziestego ósmego stycznia 1995 roku wyprawiliśmy skromne wesele. To musiało być dla niej bardzo ważne – syn ze studenta zmienił się w skazańca i wreszcie trafiło się coś, co napawało ją dumą i szczęściem. Powtarzała, że chciała tylko zaśpiewać na weselu. A moja biedna mama cały czas płakała. O położeniu Xianbina powiedziałam jej dopiero dzień wcześniej. Zupełnie przybita zapytała: „To ile on ma ziemi?”.

 

Część druga

 

Panną młodą zostałam w maleńkim pokoiku przylegającym do internatu dla chłopców w prawym skrzydle szkolnego budynku. Nowy dom był urządzony po spartańsku: nasze duże czarno-białe zdjęcie na ścianie i wielkie okno zasłonięte półprzezroczystym zielonym papierem. Przez szybę widać było figowiec, pawilon pokryty zieloną dachówką i zapomniany stary dzwon. Po pierwszej nocy, którą spędziliśmy tam jako małżeństwo, Xianbin wyszedł na dwór i uderzył w niego, jak płatający figle chłopczyk. Były wakacje, głucha cisza, więc dźwięk niósł się daleko i długo wisiał w powietrzu. Potem wiele razy o tym opowiadał. Chyba dlatego, że nasz domek i ten dzwon to jego najszczęśliwsze wspomnienie – i symbol tych rzadkich chwil: wspólnych i spokojnych.

Kiedy czwartego dnia Święta Wiosny wróciliśmy ze spotkania z jego szkolnymi kolegami, zastaliśmy otwarte drzwi do budynku i naszego pokoju. Wszystko było tak, jak przed naszym wyjściem, z wyjątkiem zniknięcia jednego z dwóch leżących na biurku aparatów fotograficznych. Xianbin miał swoje zdanie na temat tego dziwnego włamania – złodziejowi chodziło tylko o film, a nie o pieniądze czy sprzęty. I tak jego przyjaciel Chen Bing stracił aparat, a my wszystkie zdjęcia z naszego ślubu.

Xianbin coś przeczuwał, ale nie zepsuło mu to humoru. Żałowałam naszej straty, lecz nic nie mogłam na to poradzić. Lubiłam sobie wyobrażać, że te zdjęcia leżą gdzieś spokojnie i pewnego dnia do nas wrócą.

Nie umiem sobie przypomnieć, ile czasu spędziliśmy wtedy razem. On zawsze wychodził w pośpiechu i wracał nagle. Ilekroć znikał, moje serce spadało w bezdenną otchłań – nie dawał znaku życia, a ja nie miałam się gdzie wypłakać. Tych wspólnych chwil było tak niewiele, że nawet po latach małżeństwa czułam się onieśmielona, gdy wracał, i serce waliło mi jak oszalałe.

Latem 1995 roku Xianbin zabrał mnie do szkoły średniej w Baoshi. Poznałam tam jego starego przyjaciela Ouyanga Yi, któremu właśnie urodziło się dziecko. Mężczyźni zostawili kobiety w domu i poszli rozmawiać o czymś z okolicznymi chłopami. Kiedy wrócili, Xianbin był bardzo podekscytowany i przez kilka dni bez przerwy pisał.

Policja po raz pierwszy przeszukała nasz dom, gdy mieszkaliśmy już na trzecim piętrze wschodniego skrzydła. Mieliśmy tam trzy pomieszczenia, balkonik, maleńką kuchnię (w której Xianbin nauczył się gotować) i łazienkę. Było skromnie, ale ciepło. Jakoś w marcu i kwietniu 1996 roku, gdy tylko wracał do domu, zaczęli wzywać go na przesłuchania. Stawały się one coraz bardziej nieprzyjemne, więc w końcu przestał się pojawiać. Prawie nie spotykaliśmy się już jak żona z mężem. Pewnego ranka przyszła do mnie jego matka. Powiedziała, że wrócił i jest w pokoju, który wynajmowała na ulicy Xiaodong. Pobiegłam tam natychmiast, a on czekał na mnie, obierając brzoskwinię na starej ławeczce.

Po południu zabrał mnie na spacer do parku, który wydawał się bezpieczniejszym miejscem niż nasz dom. Przytulaliśmy się na ławce, a o zmierzchu zjedliśmy na kolację pierożki i poszliśmy nad rzekę. Wtedy było tam mnóstwo śmieci i niewielu przechodniów. Wędrowaliśmy do późnej nocy i bardzo zmęczeni wracaliśmy do miasta pustymi ulicami. W końcu znaleźliśmy hotelik, w którym nie trzeba było się meldować.

Policjanci stracili Xianbina z oczu na dłuższy czas, więc musieli się denerwować. Na początku czerwca dostałam telegram, że ojciec jest ciężko chory, i natychmiast pojechałam do rodzinnego domu w Renshou. Po drodze zauważyłam, że kręci się koło mnie dobrze ubrany mężczyzna. Przesiadał się do tych samych autobusów i czasami oddalał, przykładając do ucha jakiś ciemny przedmiot, który chyba był telefonem. Instynktownie wiedziałam, że szukają Xianbina. Moje podejrzenia potwierdziły się, gdy dotarłam do domu bratowej, która wykrzyknęła: „Czy coś się stało z twoim mężem? Czemu pyta tu o niego policja?”.

Kiedy w 1996 roku zaczęły się amerykańskie rozgrywki pucharowe w piłce nożnej, Xianbin wrócił do domu jak ptak zmęczony lataniem. Niemal natychmiast zjawili się ci z bezpieczeństwa wewnętrznego. Do drzwi zapukał dawny nauczyciel Xianbina (dziwne spotkanie po latach), za którym stało kilku mężczyzn. Wang Yanwen, bardzo agresywny szef wydziału Biura Bezpieczeństwa Wewnętrznego, szybko wyprowadził męża, a reszta została ze mną i naszym dobytkiem.

Policja ruszała mój materac!

Policja rozgrzebała moje rzeczy!

Policja otworzyła mój dziennik!

Policja czyta, co napisałam!

Zdeptali moją prywatność. Jakby zdarli ze mnie ubranie i wyrzucili je na ulicę. Nigdy w życiu nie czułam się tak upokorzona. Byłam spięta i wściekła, cała się trzęsłam. Pod bluzką miałam notes, który podał mi ukradkiem Xianbin. Chodziłam w tę i z powrotem po balkonie, udając spokój.

Xianbin wrócił następnego dnia, cały i zdrowy. A ja, kartka po kartce, od pierwszej do ostatniej, spaliłam pamiętniki z czternastu lat życia i marzeń dziewczynki i młodej kobiety.

 

Część trzecia

 

Pod koniec maja 1997 roku, wkrótce przed narodzinami naszej córki, Xianbin postanowił pobyć trochę w domu i przestał wyjeżdżać. Miałam już duży brzuch i kłopoty z chodzeniem, widziałam, że się o mnie martwi. Któregoś dnia poszłam do sklepu jego siostry i zagadałam się tak beztrosko, że zapomniałam o bożym świecie. Nie wiedział, co się ze mną stało, i z nerwów miotał się jak mrówka na gorącej patelni. Nasza córeczka urodziła się rankiem trzynastego czerwca. Xianbin promieniał. Codziennie prał, gotował, zajmował się małą i nie mógł się nacieszyć tą krzątaniną. Po miesiącu powiedział: „będę musiał niedługo wyjechać, ale poproszę mamę, żeby przyszła ci pomóc”.

Dał mi trochę pieniędzy i zniknął. Nie wiedziałam, gdzie jest, i chyba nie było mi to potrzebne. Kiedy wrócił jesienią, nie był człowiekiem, którego pamiętałam – miał nawrót gruźlicy. Bez przerwy kaszlał krwią i musieliśmy posłać go do szpitala. Nosiłam córeczkę między domem, bazarkiem i szpitalem, nie przestając się zamartwiać ani na chwilę.

Xianbin był krzepkim mężczyzną, ale choroba zmieniła go w kruchego chłopca, który potrzebował ciągłej troski. Robiłam, co mogłam, żeby zapłacić za jego lekarstwa i pożywne jedzenie, pożyczając od kogo się dało. Kiedy musiałam przestać, sprzedałam za grosze obrączkę, którą dostałam od jego matki. Nigdy nie zapomnę, jak wchodziłam chyłkiem do złotnika, myśląc: „ukochany, co jeszcze mogę oddać, żeby cię uratować?”.

Jego matka też odchodziła od zmysłów i chwytała się wszystkiego, żeby zatrzymać chorobę, która zaatakowała go po raz drugi. Ktoś powiedział jej o ziołowych okładach, przydźwigała więc do nas wielkiego woka, w którym przygotowywałyśmy lekarstwo. Oszczędzała na wszystkim, żeby nam jakoś pomóc. W szpitalu odwiedzał Xianbina ktoś jeszcze – policja. Nie miałam pojęcia, o co im chodzi. Wiosną 1998 roku mąż wydobrzał na tyle, że wrócił do domu. W kwietniu przenieśliśmy się do mieszkania, które mieściło się przy wejściu do szkoły. Było stare, ale duże, dało się je podzielić na trzy pokoje, dzięki czemu mógł się do nas sprowadzić ojciec Xianbina, który miał odtąd opiekować się nami przez dwanaście lat.

Teść miał siedemdziesiąt lat, ale był jeszcze bardzo żwawy. Często pakował naszą córkę do bambusowego wózeczka i zabierał ją na spacer. Czasem dołączał do nich mąż. Zwykle chodzili do pobliskiego instytutu Chuanbei. Mieli tam duży ogród, w którym przez cały rok kwitły kwiaty. Po lekcjach biegłam ich szukać i całą rodziną siadywaliśmy pod starym drzewem. Spędzaliśmy tam tyle czasu, że wszystkie te rośliny zapuściły korzenie w naszych sercach. Kiedy Xianbin wyszedł wreszcie z więzienia, często opowiadał naszej córce, że szukali tam razem rozkwitających pączków i słuchali śpiewu ptaków, ale jak trzynastoletnia dziewczynka mogła pamiętać niemowlęce przygody?

Xianbin nie odzyskał jeszcze sił, ale nie mógł dłużej czekać. Kiedy skończyło się lato, wyjechał do Chengdu. Wkrótce potem zabrał z domu prześcieradła i koc, jakby zamierzał gdzieś zostać na dłużej. Nasza córka wciąż była maleńka i potrzebowała mnóstwo czułości. Robiłam, co mogłam, żeby wynagrodzić jej brak obecności ojca, cieszyłam się patrząc, jak rośnie.

Xianbin wrócił pod koniec grudnia. Był w doskonałym nastroju, przywiózł telekopiarkę. Nie mogła działać bez linii, więc zainstalowaliśmy telefon. 0825-2248222.

Xianbin był zakochany w nowym urządzeniu. Nigdzie nie wychodził i robił coś do późnej nocy, ale atmosfera była gęsta. Oficer Wang ciągle tracił nerwy, coraz częściej zdarzały się rewizje, a przesłuchania męża trwały po czterdzieści osiem godzin. Potem samochód policyjny zaczął stać pod domem dzień i noc. Terkot silnika słychać było nawet w mieszkaniu na trzecim piętrze. Xianbin nie mógł swobodnie wychodzić i nie miał jak drukować swoich artykułów, które rozsyłałby potem faksem.

Raz, gdy wychodziłam po zakupy, dał mi to, co napisał. Nadłożyłam drogi i wydrukowałam artykuły w punkcie, w którym mieli drukarkę, a potem przyniosłam je do domu w siatce z zieleniną. Mąż znowu więc faksował, a bezpieczniacy byli wściekli. Potem musieli już za mną chodzić, bo skonfiskowali tamtym ludziom drukarkę i kopiarkę, a mnie zabrali na komisariat. To było moje pierwsze przesłuchanie.

Xianbin miał już tak dość policyjnych szykan, że na znak protestu zabrał naszą córkę do miejskiego Biura Bezpieczeństwa Publicznego. Dziewiętnastego grudnia odmówił przyjęcia wezwania przed drzwiami urzędu, więc zdenerwowany Wang kazał swoim ludziom zawlec go tam siłą. Po drodze oderwali mu rękawy.

Styczeń 1999 roku był trochę spokojniejszy i Xianbin wyjechał z Suiningu. Zbliżały się ferie zimowe i jego ojciec wrócił do Renli przygotować święta. Zostałam sama z córką i niecierpliwie wyglądałam powrotu męża. Mieliśmy telefon, ale Xianbin był ostrożny i nigdy nie dzwonił. Dwa dni przed Świętem Wiosny Ouyang Yi powiedział, że coś się stało i że Xianbin został zatrzymany w Pekinie. Przynajmniej wiedziałam, co się dzieje, i to mnie trochę uspokoiło.

Po raz pierwszy nie spędziliśmy razem świąt, ale nie mogłam wtedy wiedzieć, że to tylko początek i następne będziemy mieli dopiero w 2008 roku.

 

Część czwarta

 

Nasza córka skończyła dwa lata trzynastego czerwca 1999 roku i z tej okazji obstalowaliśmy rodzinny portret. To nasza jedyna wspólna fotografia pełna radości i szczęścia. Następnego dnia mąż zrobił sobie zdjęcie z małą na rękach. Kto mógł wiedzieć, że będzie to jedyny dowód, że kiedykolwiek trzymał ją w ramionach? Siódmego lipca do naszego domu wtargnęła policja, w jednej chwili zmieniając go w pobojowisko. Córka była za mała, żeby się bać. Nim go zabrali, Xianbin mocno ją przytulił, jakby żegnali się na zawsze. Zawsze mówił tak do widzenia, gdy wyjeżdżał. W każdym razie ja czułam to w ten sposób. Szóstego sierpnia skazali go na trzynaście lat więzienia i jeszcze na trzy odebrali „prawa polityczne” za „działalność wywrotową”, a miesiąc później osadzili w zakładzie karnym numer trzy, w Dazhu. To małe miasteczko we wschodnim Sichuanie, nigdy wcześniej tam nie byłam, ale przez dziesięć długich lat (w trakcie karę złagodzono o trzy i osiem miesięcy) wiele razy przemierzyłam tę drogę zatłoczonymi pociągami i autobusami podskakującymi na dziurawych, górskich szosach. Zawsze przyciskałam do siebie córkę, jakbyśmy jechały na spotkanie ze śmiercią.

Próbowałyśmy walczyć z napięciem, oglądając przez okna góry, drzewa i wzgórza, nad którymi unosiły się smugi dymu. Moje serce przestawało walić dopiero za porośniętymi konopiami stokami Jiulongu. W małym, sennym miasteczku zatrzymywałyśmy się w hotelach z miejscami po osiem yuanów i jadłyśmy to, co najtańsze. Córka, matka Xianbina i ja opiekowałyśmy się sobą nawzajem. Moje wyobrażenie więzienia pochodziło z lata 1995 roku, kiedy to Xianbin zabrał mnie na widzenie ze swoim serdecznym przyjacielem Chen Weiem, którego przeniesiono z Pekinu do syczuańskiego więzienia numer jeden w Gaopingu. Mężczyźni mówili i palili, trzymając się za ręce nad długim pokrytym białymi kaflami podestem, przecinającym salę, która wyglądała jak duża stołówka. Od tego czasu sądziłam, że wszyscy skazani w Chinach mogą rozmawiać z bliskimi w taki sposób.

Widzenia z Xianbinem nie były łatwe. Żeby dostać się do pomieszczenia pełnego świdrujących oczu, musiałyśmy przejść przez ciężką bramę i upokarzającą procedurę. Wszystko to przypominało sceny z amerykańskich filmów. Błyskawicznie pożegnałam się z naiwną myślą o spędzeniu tam z mężem wspólnych świąt. Prostokątną salę na trzecim piętrze przecinała kuloodporna szyba. Po chwili wprowadzali roześmianego Xianbina, który siadał po drugiej stronie. Mogliśmy się widzieć i rozmawiać przez telefon, ale nie czuliśmy swoich oddechów.

Raz na Święto Wiosny zawiozłam na widzenie bratanków Xianbina. Mieliśmy mnóstwo szczęścia, bo pozwolono nam wtedy zjeść wspólny posiłek. Siedzieliśmy tuż obok siebie, ale nie śmieliśmy wziąć się za ręce. Nasza córka miała wtedy siedem lat. Wbiegła jak szalona do tej sali i rzuciła się ojcu na szyję, a potem zrobiła śmieszną minkę i wykrzyknęła: „mama, teraz ty!”. Xianbin i ja spojrzeliśmy niepewnie na obserwujących nas strażników, podeszliśmy powoli do siebie i niezdarnie się objęliśmy. Ten jeden jedyny raz w ciągu dziesięciu lat.

Xianbin nie jest wylewny, lecz jego listy były pełne czułości. Zawsze uczył czegoś naszą córkę, wysyłał jej rysunki i opowiastki. Ponieważ wiedziałam, że nie on jest pierwszym czytelnikiem moich listów, trzymałam emocje na wodzy. Pisałam głównie o rodzinie, starając się przemilczać własne smutki – nie chciałam dawać satysfakcji funkcjonariuszom policji i straży więziennej. W większości listów kotłowały się emocje, ale on nie mógł o tym wiedzieć. Był w szoku, kiedy powiedziałam mu później, że niemal nad każdym płakałam.

Jakoś w 2001 roku Xianbin napisał, że przytył. Martwiłam się o jego zdrowie (którego nie odzyskał w pełni po nawrocie gruźlicy), więc w odpowiedzi wyraziłam nadzieję, że to nie opuchlizna, jak podczas wielkiego głodu z końca lat pięćdziesiątych. Podczas następnego widzenia podszedł do mnie mundurowy sprawiający wrażenie ważniejszego od innych, i wymachując moim listem spytał: „Jesteście nauczycielką? Jak możecie pisać coś takiego? Co to ma znaczyć, że cały kraj był spuchnięty?”. Nie zamierzałam się z niczego tłumaczyć, sprzeczaliśmy się na cały głos.

Na początku 2005 roku moje listy zmieniły się w podpisy. Wysyłałam mężowi zdjęcia: czerwonej ważki sfotografowanej podczas wycieczki za miasto, córki grającej na flecie, świątecznego spotkania bliskich. Miałam nadzieję, że obrazy lepiej pokażą mu nasze życie, zbliżą nas do siebie.

 

Część piąta

 

Myślałam, że podczas wyroku Xianbina nasze życie się uspokoi, że przestanę się martwić, skąd wziąć na ubranie i jedzenie, że nikt nie będzie nękał córki i mnie, że zniknie poczucie zaszczucia i bezradności. Koleżanki, które znajdowały się w podobnej sytuacji, mówiły o strachu dzieci, które musiały patrzeć, jak zabiera się z domu ojców i grzebie w ich rzeczach. Cieszyłam się, że córka jest na to za mała. Cieszyłam się ciszą po burzy, tym rodzajem szczęścia, które bierze się ze spokoju.

Czasami wpadali znajomi Xianbina i przynosili jakieś artykuły o nim. Byłam zbyt zapracowana i zajęta córką, żeby to docenić.

Kiedy zbliżała się rocznica czwartego czerwca, byłam wzywana przez szkolną komórkę bezpieczeństwa i przesłuchiwana przez patrzącego wilkiem Zhenga Dashuanga, który płynnie przechodził od uprzejmości do agresji. Może byli źli, że nigdy nie zdradziłam męża. Raz grozili, że będę uczyć w wiejskiej szkole podstawowej. Prawdę mówiąc, mentalnie przygotowywałam się do powrotu do domu na wieś, więc takie pogróżki nie robiły na mnie większego wrażenia.

Nocą dwudziestego ósmego maja 2001 roku – mąż był już w więzieniu od prawie dwóch lat – do naszego mieszkania wpadł nagle Zheng na czele grupy funkcjonariuszy. Powiedział, że Xianbin popełnił za kratami jakieś przestępstwo i że w ramach dochodzenia muszą przeprowadzić rewizję. Znów przetrząsnęli cały dom, ale znaleźli tylko kilka bardzo literackich artykułów Ouyanga Yi i Huo Ge oraz list pana Zhanga (przepraszam, ale po tylu latach uleciało mi imię). Zachowywali się, jakby odkryli skarb. Zabrali mnie do biura i przesłuchiwali do późnej nocy.

Pan Zhang mieszkał w Holandii, w młodości napiętnowali go jako prawicowca. W 2000 roku przysłał mi list, a w nim sto dolarów amerykańskich i czterdzieści guldenów jako świąteczny prezent dla naszej córki. Pisał tradycyjnymi znakami, wszystko było zupełnie jasne, ale policjanci zachowywali się tak, jakby sprawa miała mieć jakieś drugie dno. Nie zamierzałam bawić się w to z nimi i powiedziałam, że muszę wracać do domu do córki. Uznali, że to mój słaby punkt, i oświadczyli, że mogę zapomnieć o domu, póki z wszystkiego się nie wytłumaczę. Dla tych ludzi żadne tłumaczenie nie jest wystarczająco jasne, postawiłam więc milczeć.

Ponieważ nie mogli zrobić nic więcej, wywieźli mnie ze szkoły i zamknęli w jakimś pokoju, który znajdował się na drugim piętrze i stały w nim metalowe łóżka. Wyglądał jak niezamieszkana izba w akademiku. Przeszłam się, znalazłam materac na jednym z górnych łóżek, wspięłam się na nie i zasnęłam w ubraniu.

Następnego ranka obudził mnie okrzyk „śniadanie!”. Zobaczyłam staruszka, który podał mi talerz owsianki przez małe okienko. Zjadłam i stanęłam przy oknie, przez które widać było zieloną koronę dużego drzewa. Mężczyzna przeczłapał korytarzem jeszcze dwukrotnie i musiał uznać mnie za miłą osobę, bo przyniósł mi czasopismo, żebym miała jakieś zajęcie. O siedemnastej drzwi otworzyła pulchna kobieta. Poszłam za nią do biura, gdzie dała mi do wypełnienia kilka formularzy. Parę razy zapytała, czy mam coś do dodania do wczorajszych zeznań, i w końcu pozwoliła mi iść do domu.

Wyparowałam na dwadzieścia cztery godziny, ale o tym, co zaszło, wiedzieli tylko teść i córka. Opowiedziałam o wszystkim Chen Weiowi, a on wykrzyknął, że jego również zniknięto na jeden dzień. Okazało się, że trzymali nas w tym samym budynku, z tym, że jego na pierwszym piętrze. „Co ci dali do jedzenia?”, spytałam. „Ziemniaki”, odpowiedział i wybuchnęliśmy gromkim śmiechem.

 

Część szósta

 

Pod koniec 1999 roku policja zorganizowała wystawę fotograficzną na placu przy instytucie Chuanbei. Chwalili się sukcesami, zawiesili ponoć zdjęcie z rozprawy Xianbina, ale nie poszłam tego oglądać. Ludzie zaczęli się dowiadywać o skazaniu męża – jedni żałowali córki i mnie, inni woleli nas unikać. Znajomość z takimi jak ja mogła wtedy zaszkodzić w karierze.

Zerwałam niemal wszystkie kontakty z krewnymi i przyjaciółmi z Renshou, żeby zostawili ich w spokoju. Moja matka dowiedziała się, że Xianbin jest w więzieniu dopiero w 2005 roku. Bałam się powtórzenia historii z sędziwą matką Weia, więc swoją zabrałam na spacer do parku i najpierw powiedziałam jej, że Xianbin dostał zagraniczną nagrodę, która oznaczała także pieniądze, a dopiero potem wyjaśniłam, co zaszło i jak on się z tym czuje. Moja stara, nieumiejąca czytać i pisać mama odetchnęła z ulgą. Wydawało mi się, że wszystko zrozumiała. Sprawiała wrażenie tak młodej, spokojnej i mądrej, iż uznałam, że niepotrzebnie się bałam.

Jednak przez kilka następnych dni matka chowała się w kuchni i popłakiwała. Moja córka, która nie miała jeszcze ośmiu lat, umiała już pocieszać ludzi. „Nie płacz, babciu – powiedziała. – Tato jest tam nauczycielem i świetnie mu się powodzi”. Choć krewni nie bardzo się nami interesowali i nie byli zbyt pomocni, i tak mogłyśmy mówić o szczęściu. Na dzień dziecka w 2000 roku stary nauczyciel, dawny „prawicowiec”, przyniósł mojej córce torbę śliwek i oranżadę. Zaprzyjaźnione małżeństwo przyprowadzało do nas swoje dzieci, żeby mała miała się z kim bawić, i traktowało ją jak własną córkę. Lekarka z przychodni na ulicy Yanshi zawsze była dla nas miła i nie chciała brać pieniędzy albo dawała zniżki. Matka Chena Weia bez wahania pożyczyła mi pieniądze, które oszczędzała na swoją emeryturę. Dzięki nim mogłam przeprowadzić się do Baisheng Jiayuan, w czym pomógł nam także doktor Deng Huanwu z dalekiego Chongqingu. Choć Xianbin nie mógł z nami być w nowym domu, nasze życie było proste i szczęśliwe.

Ludzie z bezpieczeństwa wezwali mnie jeszcze w czerwcu 2005 roku, ale potem miałam już względny spokój. Przypomnieli sobie o nas dwukrotnie: najpierw policja z Chongqingu chciała wiedzieć, czy Xiao Xuehui przysłał mi dolary, potem zabroniono mi wyjeżdżać z Suiningu w czasie igrzysk olimpijskich. Myślałam przede wszystkim o pracy i oszczędzaniu pieniędzy. Córka rosła zdrowo i przynosiła doskonałe stopnie.

W grudniu 2002 roku policja z Chengdu zatrzymała Ouyanga Yi, którego skazano potem na dwa lata więzienia za „podżeganie do działalności wywrotowej”. Luo Bizhen była w rozpaczy, ale nie umiałam jej pocieszyć. Taki los może czekać żonę każdego dysydenta. Nie wiem, ilu trzeba by naszych łez, żeby to zmienić. Te dwa lata i tak wydawały się minąć w mgnieniu oka w porównaniu z niekończącym się wyczekiwaniem na mojego męża.

Wiele razy wyobrażałam sobie jego powrót. Najpierw pomagałam mu w ucieczce z więzienia podczas jednej wizyt, wyrywając go w ten sposób ze szponów śmierci. Potem to się zmieniło: widziałam, jak roześmiany Xianbin wraca do domu z torbą na ramieniu, wyglądając na strudzonego wędrowca. Później tylko słyszałam, jak mówią, że wypuszczono go przed terminem, ale nie towarzyszył temu żaden obraz. Myślę, że moje sny ewoluowały od nadziei w rozpacz i wreszcie niepewność.

We wrześniu 2008 roku Xianbin podał w liście dokładną datę zwolnienia, ale wcale nie przeżyłam, jak mógłby ktoś sądzić, szału radości. Dla nas wolność była już ekstrawagancją. Mąż opuścił mnie na dziesięć lat – ile trzeba będzie czasu, żebyśmy znów poczuli się sobie bliscy? Wiedziałam, że nie zniosłabym jego rozpaczy, poczucia beznadziejności, a co on powie na mój nowy, pustynny hart? Przypominałam sobie zdanie opisujące żonę rosyjskiego dysydenta, na której twarzy nie było widać ani radości, ani smutku. Myślę, że i ja mogę stać się z czasem tą apatyczną, starą kobietą, bo między szóstym listopada 2008 a dwudziestym ósmym czerwca 2010 roku Xianbin i ja mieliśmy na budowanie bliskości tylko rok, siedem miesięcy i dwadzieścia dwa dni.

 

PS

Z uwagi na brak miejsca trudno było dokładnie opisać pewne akty pomocy i wsparcia, zostały więc one usunięte z tekstu. Wszystko, czego doświadczyłam w ciągu ostatnich piętnastu lat, było, jest i będzie udziałem każdej żony chińskiego dysydenta. To, co tu spisałam, dedykuję im wszystkim.

 

Baisheng Jiayuan, 14 lipca – 10 sierpnia 2010

 

 

 

 

Po wyjściu na wolność w 2008 roku Liu Xianbin znów zaczął pisać eseje, w których wzywał do rozpoczęcia reform politycznych i uwolnienia wszystkich obrońców praw człowieka. Aresztowano go ponownie w czerwcu 2010 roku i skazano na dziesięć lat więzienia za „podżeganie do działalności wywrotowej”. Inni dysydenci nazywają go „strażnikiem sumienia”.

RACHUNEK BANKOWY

program „Niewidzialne kajdany” 73213000042001026966560001
subkonto Kliniki Stomatologicznej Bencien
46213000042001026966560002

PRZEKIERUJ 1,5% PODATKU