17 URODZINY. UPOMNIJ SIĘ O PANCZENLAME >>
Tło historycznePoprzednik:
X Panczenlama
Lobsang Czokji Gjalcen (1938-1989)


X
Panczenlama pozostał w Tybecie po upadku powstania i ucieczce Dalajlamy do
Indii. Chińczycy postawili go na czele marionetkowego "rządu lokalnego", licząc,
że pomoże im w kolonizacji nowej prowincji. Jednak już trzy lata później Panczenlama
wystosował do Mao "Petycję siedemdziesięciu tysięcy znaków", którą uważa się
za najważniejszy dokument we współczesnej historii Tybetu.
"Tybetańska populacja została wyraźnie i drastycznie zredukowana", pisał dwudziestoczteroletni
lama, głuchy na słowa nauczycieli i doradców, którzy ze łzami w oczach błagali,
by nie pokazywał nikomu tego oświadczenia. Zdrowy rozsądek, tradycyjne wróżby
i wyrocznie zalecały milczenie i zapowiadały nieszczęście. "Głód, egzekucje
i masowe zgony w więzieniach (...) zagrażają dalszemu istnieniu narodu tybetańskiego,
który osiągnął stan bliski śmierci. (...) Wysycha pełna słodyczy rosa religii.
Nie przekazuje się nauk, nie kształci nowego pokolenia, buddyzmowi, który
przez wieki rozkwitał w Tybecie, grozi zagłada. Nie mogę tego znieść i ja,
i dziewięćdziesiąt procent Tybetańczyków". Trudno się dziwić, że Wielki Sternik
miał nazwać ten list "zatrutą strzałą, wypuszczoną w serce partii przez reakcyjnych
feudałów".
Panczenlama prowadził swój wywód językiem marksizmu, wielokrotnie podkreślając
wierność idei najlepszego z ustrojów społecznych. Trudno było go więc natychmiast
oskarżyć o grzech przeciwko pierwszemu przykazaniu. Przez chwilę wydawało
się nawet, że petycja może przynieść poprawę losu Tybetańczyków. Na najwyższych
szczeblach dyskutowano ewentualną zmianę polityki wobec "regionu". Potem jednak
Chiny wygrały wojnę graniczną z Indiami, wyprodukowały własną bombę atomową,
a w Moskwie stracił władzę Chruszczow. Mao był na szczycie - korygowanie "błędów
i wypaczeń" nie wchodziło w grę.
Dwa lata po przekazaniu petycji Panczenlama został potępiony jako wróg ludu,
partii i socjalizmu. W ten sposób nałożono mu "trzy czapki hańby". Choć nie
odbył się żaden proces, następnych czternaście lat spędził za kratami: dziesięć
w najbardziej strzeżonym więzieniu Chin, Qingchen - gdzie, poddawany nieludzkim
torturom, próbował odebrać sobie życie, cztery kolejne - w areszcie domowym.
Najpierw jednak (choć z reguły kojarzy się to z rewolucją kulturalną, która
rozpoczęła się dopiero w 1966 roku) przeszedł pięćdziesięciodniowy thamzing,
jeden z najbardziej wiekopomnych wynalazków chińskiego komunizmu.
"Thamzingi były to demonicznie okrutne spektakle, podczas których zmuszano
dzieci do oskarżania rodziców o nigdy nie popełnione zbrodnie, chłopów - do
bicia właścicieli majątków, uczniów - do znieważania nauczycieli... Podczas
owych "wieców walki klasowej" odbierano ludziom resztki godności rękoma ich
sąsiadów, krewnych, najbliższych i dzieci. Sędziwych lamów zmuszano do publicznego
spółkowania z prostytutkami. Oskarżonych bito, opluwano i oddawano na nich
mocz. Nie oszczędzono im żadnego upokorzenia zabijano ich powoli i na wiele
sposobów. Nikt nigdy nie wypowiadał imienia osoby, która przeszła thamzing.
Nie stawała się męczennikiem ludu, gdyż to lud zadał jej śmierć. Krew ofiary
plamiła ręce tych, którzy powinni ją czcić i wspominać. Wstyd i poczucie winy
kazały wymazywać takiego człowieka z pamięci wraz z haniebną rolą, jaką odegrało
się w jego męczarniach", wspomina Athen, któremu udało się przeżyć, uciec
przez Himalaje do Indii i opowiedzieć innym o tym, co go spotkało.
Panczenlama wychodził z więzienia tylko na kolejne publiczne wiece walki klasowej.
Najtrudniejszy musiał być ten z 1966 roku. Na scenie, stojącej pośrodku wypełnionego
ludźmi pekińskiego stadionu, bratowa oskarżyła go o gwałt, a brat bił po twarzy.
(Chińskie media informowały wówczas między innymi o tym, że Dalajlama spółkuje
z panią Gandhi.)
Po odzyskaniu wolności Panczenlama stał się rzecznikiem reform. Robił wszystko,
by ocalić religijne, kulturowe i językowe dziedzictwo swego kraju. Zakładał
szkoły, warsztaty, upierał się przy powołaniu uniwersytetu i odbudowywaniu
zrównanych z ziemią klasztorów. Mówi się, że po pewnym czasie władze zwróciły
mu oryginał dokumentu, za który tyle wycierpiał. Owinął go ponoć w żółty jedwab
i dotknął nim swojej głowy. Buddyści traktują w ten sposób święte teksty,
słowa Buddy.
Choć próbował łagodzić niepokoje - potępił na przykład rozruchy i demonstracje
w Lhasie, które doprowadziły w końcu, już po jego śmierci, do ogłoszenia stanu
wojennego w marcu 1989 roku - pozostał najbardziej nieprzejednanym krytykiem
polityki Chin w Tybecie. Nikt zresztą, żaden Chińczyk, a już na pewno żaden
przywódca "mniejszości narodowej", nie mówił - i nadal nie mówi - w taki sposób
do partii, pozostając w jej bezpośrednim zasięgu.
"Gdyby powstał film o zbrodniach w prowincji Qinghai [Chińczycy nazywają tak
tybetański region Amdo], zaszokowałby każdego widza.
W Goloku ciała zabitych spychano ze wzgórza do głębokiego rowu. Żołnierze
mówili krewnym ofiar, że powinni cieszyć się ze zdławienia rebelii, i zmuszali
ich do tańczenia na ciałach pomordowanych. Potem wszystkich wystrzelano z
karabinów maszynowych" - walił pięścią w stół podczas obrad podkomisji Ogólnochińskiego
Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych w Pekinie w marcu 1987 roku. (Jak wynika
z chińskich statystyk, w 1956 roku w okręgu Golok mieszkało sto trzydzieści
tysięcy Tybetańczyków, w 1963 - już tylko sześćdziesiąt tysięcy.)
"Cena, jaką Tybet zapłacił za rozwój, była znacznie wyższa niż zyski" - stwierdził
tuż przed śmiercią w styczniu 1989 roku. Do końca pozostał też wierny Dalajlamie,
jak chcą buddyjskie pisma: "Zwycięskiemu Ojcu" któremu był "Synem", i "Słońcu
Dharmy", któremu był "Księżycem".
W ostatniej mowie - ku zdumieniu zebranych mnichów, nie podejrzewających nawet,
że temu pięćdziesięcioletniemu, potężnemu mężczyźnie zostało tylko kilkanaście
godzin życia - dał jasno do zrozumienia, że to właśnie Dalajlama musi wskazać
jego kolejne wcielenie.
Najmłodszy więzień polityczny:
XI Panczenlama Gendun Czokji Nima (1989- )
Kiedy
Dalajlama poprosił rząd ChRL o umożliwienie przeprowadzenia tradycyjnych ceremonii
i poszukiwań, premier Li Peng obwieścił, że nie zezwoli "czynnikom zewnętrznym
na wtrącanie się do procesu wyboru" kolejnego Panczenlamy, i przedstawił własny
plan odnalezienia "autentycznego tulku". Sama myśl o udziale komunistycznych
władz (zobowiązujących członków partii do ścisłego przestrzegania zasady ateizmu)
w takim procesie - który zgodnie z tradycją obejmuje interpretowanie magicznych
znaków, konsultacje z wyroczniami, poszukiwanie wizji w wodach świętych jezior,
poddawanie rozmaitym testom wytypowanych kandydatów itd. - musiała budzić
konsternację. Li Peng postawił na czele "komisji poszukiwawczej" znanego z
uległości wobec władz opata klasztoru Taszilhunpo, Czadrela Rinpocze, który
dwa lata później skontaktował się - oficjalnie, kanałami dyplomatycznymi -
z Dalajlamą. Informował, że jego mnisi szukali wizji w wodach dwóch jezior
i otrzymali znaki, wskazujące na to, iż inkarnacja Panczenlamy przyszła już
na świat. Na tym jednak oficjalne kontakty urwały się. Dalajlama, nie doczekawszy
się odpowiedzi na żaden ze swoich listów, prowadził własne poszukiwania.
14 maja 1995 roku, po szczegółowym "przebadaniu" ponad trzydziestu kandydatów,
konsultacji z czterema wyroczniami i odprawieniu tradycyjnych rytuałów, Dalajlama
formalnie uznał sześcioletniego Genduna Czokji Nimę, urodzonego 25 kwietnia
1989 roku w Nagczu w Tybecie, za XI Panczenlamę. Decyzję tę natychmiast zaatakowała
rządowa agencja prasowa Xinhua; chłopiec i jego rodzice zniknęli z rodzinnej
wioski, a Czadrel Rinpocze został aresztowany. Jednoznacznie potwierdziło
to podejrzenia, że wytypowane przez Dalajlamę dziecko było również kandydatem
"grupy chińskiej". Czadrel i jego asystenci zapłacili potem za wierność swojej
religii - i przekonanie, że żaden Tybetańczyk nie zaakceptuje Panczenlamy,
którego nie uzna Dalajlama - wyrokami więzienia.
Kiedy na ulicach największych miast Tybetu pojawiły się ulotki krytykujące
Chińczyków za mieszanie się do spraw religii, władze formalnie zakazały rozmawiania
na temat Panczenlamy. Funkcjonariusze partii prowadzili wielogodzinne wiece
"reedukacyjne" w klasztorze Taszilhunpo. Jeden z sędziwych mnichów nie wytrzymał
presji i popełnił samobójstwo. Z Szigace wydalono wszystkich obcokrajowców
i zakazano świeckim Tybetańczykom zbliżania się do klasztoru. Podczas zorganizowanej
przez mnichów demonstracji do świątyni wkroczyło wojsko. Rząd próbował odzyskać
kontrolę nad Taszilhunpo, mianując nowy zarząd. Aresztowanych lamów zastąpiono
wypróbowanymi towarzyszami z epoki, która, chciałoby się wierzyć, dawno odeszła
w przeszłość. Miejsce Czadrela Rinpocze zajęli ludzie, którzy zarządzali klasztorem
w czasach rewolucji kulturalnej. Nowym przewodniczącym Komitetu Demokratycznego
Zarządzania Świątynią (nie trzeba dodawać, że nie jest to instytucja tradycyjna)
został Sengczen Lobsang Gjalcen, niegdyś lama, potem jeden z najwyższych dostojników
KPCh w Tybecie. W pamięci rodaków zapisał się aktywnym udziałem w thamzingu,
któremu w 1964 roku poddano Panczenlamę. Gdy za Czokji Gjalcenem zamknęły
się bramy więzienia, Sengczena mianowano "przewodniczącym" klasztoru Taszilhunpo.
Kji ke jang de czen gi du, "stary pies znowu warczy" - szeptali mieszkańcy
Lhasy.
"Kontynuujemy prace, których celem jest odnalezienie reinkarnowanego chłopca",
uspakajał zachodnich dziennikarzy Shen Guofang, rzecznik ministerstwa spraw
zagranicznych ChRL. I nie żartował. Pod koniec listopada w najbardziej czczonej
świątyni Tybetu, lhaskim Dżokhangu, wylosowano imię malca, którego Rada Państwa
z całą powagą mianowała następnie kolejnym Panczenlamą i "autentycznym Żywym
Buddą". New York Times uznał to za "jedno z najbardziej absurdalnych wydarzeń
w historii religii", a Dziennik Ludowy, chiński brat Trybuny Ludu - za "kolejną
polityczną bitwę" w "ponadtrzydziestoletniej walce z separatystyczną kliką
Dalaja". Zagraniczni obserwatorzy zastanawiali się zaś, co by było, gdyby
premier Włoch oświadczył, że nie zgadza się z decyzją konklawe i osobiście
mianował "prawdziwego" papieża.
Pekin utrzymuje, że ma decydujący głos w sprawie rozpoznawania kolejnych wcieleń
najważniejszych lamów Tybetu, powołując się na osiemnasto- i dziewiętnastowieczne
precedensy oraz uzgodnienia między cesarzami dynastii Qing i rządem Tybetu.
Nie chce przy tym pamiętać, że władcy tej mandżurskiej przecież dynastii byli
w Chinach okupantami i że kategorycznie odrzuca inne uzgodnienia z okresu
ich panowania. W 1992 roku rząd ChRL oficjalnie zatwierdził zresztą XVII Karmapę,
innego wysokiego hierarchę buddyzmu tybetańskiego, zaakceptowanego wcześniej
przez Dalajlamę (siedem lat później ten nastoletni duchowny uciekł z Tybetu,
zadając potężny cios chińskiej machinie propagandowej). Pekin mógł więc spokojnie
kontynuować imperialną "tradycję", mianując nowym Panczenlamą chłopca, wskazanego
przez Dalajlamę. Co więcej, miesiąc wcześniej tybetański przywódca wystosował
w tej sprawie list do prezydenta Jiang Zemina, prosząc go o uznanie i zatwierdzenie
nowego Panczenlamy. Chińczycy mieli więc w rękach "dowód", i to od najwyższego
dla Tybetańczyków autorytetu, potwierdzający poniekąd ich - wyśmiewane przez
historyków - roszczenia. Postawili jednak na konfrontację.
Przy okazji wyboru Panczenlamy władze - rozpaczliwie poszukujące jakiegoś
autorytetu do wyjęcia losu z urny - mianowały też alternatywnego Ganden Tipę,
najwyższego lamę w hierarchii szkoły gelug, do której należą panczenlamowie.
Autentyczny Ganden Tipa żyje na wychodźstwie w Indiach. Chińskie media rozpisywały
się o "czysto religijnym i tradycyjnym" charakterze tego spektaklu. Niemniej
w przeszłości (w latach 1822-1888) losy ciągnięto nie w świątyni Dżokhang,
ale - jako że dla Tybetańczyków było to "czysto politycznym", kurtuazyjnym
gestem, polegającym na formalnym zatwierdzeniu podjętej już przez lamów decyzji
- w Potali, zimowej rezydencji dalajlamów. Ponieważ komuniści chcieli nadać
wydarzeniu charakter tybetański, los własnoręcznie wyjął z urny wspomniany
Ganden Tipa bis, podczas gdy w przeszłości robił to zawsze, pałeczkami z kości
słoniowej, amban, przedstawiciel mandżurskiego cesarza.
Kilka dni po ceremonii w Dżokhangu pretendenta pospiesznie intronizowano w
klasztorze Taszilhunpo, by natychmiast wywieźć go do Pekinu. Chińczycy najwyraźniej
nie ufali nawet aparatczykom, którymi zastąpili aresztowanych lamów. W stolicy
chłopczyk spotkał się z prezydentem Jiang Zeminem, aby wysłuchać pogadanki
o "miłości do socjalizmu" i "strzeżeniu jedności macierzy". Przy okazji robotnicy
Pierwszej Chińskiej Fabryki Samochodów przekazali mu prezent niespodziankę:
luksusową limuzynę o wdzięcznej nazwie "Mały Czerwony Sztandar".
Rząd ChRL dał więc Tybetańczykom drugiego "Panczenlamę", drugiego "Ganden
Tipę" oraz kolejny powód do protestów i demonstracji. Na dzień przed losowaniem
w trzech największych miastach Dachu Świata - Lhasie, Szigace i Czamdo - ogłoszono
godzinę policyjną. Na ulicach pojawili się jednak demonstranci, plakaty i
ulotki. Choć Tybetańczycy w swojej walce o wolność nie stosują przemocy, przed
siedzibą partii w Lhasie i domem Lobsanga Gjalcena wybuchły bomby. Protestowali
mnisi, gwałtownie nasilały się represje w klasztorach. Władze ogłosiły kampanię
"reedukacji politycznej" duchownych, którzy musieli zadeklarować lojalność
wobec "macierzy", potępić Dalajlamę i uznać mianowanego przez Pekin chłopca.
Opornych usuwano ze świątyń i wtrącano do więzień. Niektórzy stracili życie.
Po spacyfikowaniu klasztorów ogłoszono "kampanię ateizacji" całego społeczeństwa.
Jak na ironię, rodzice chińskiego pretendenta, Gyaincaina Norbu, należą do
Komunistycznej Partii Chin, do której wstępować mogą tylko "zdeklarowani ateiści".
Jeszcze niedawno władze nakazywały tybetańskim członkom partii, by "kategoryczne
sprzeciwiali się wszelkim próbom uznawania ich dzieci za wcielenia zmarłych
lamów".
Kiedy Gendun Czokji Nima zniknął z rodzinnej wioski, rząd ChRL stanowczo zaprzeczał,
jakoby miał z tym coś wspólnego. Po mianowaniu konkurenta, rzecznik chińskiego
MSZ utrzymywał, że Gendun "powinien być tam, gdzie się urodził" i że rząd
"w ogóle się nim nie interesuje". O natychmiastowe uwolnienie najmłodszego
więźnia politycznego na świecie zaapelowała administracja prezydenta Clintona,
Kongres USA, Parlament Europejski, parlamentarzyści z Francji, Czech, Polski
itd. Rok później Pekin musiał przyznać na forum oenzetowskiego Komitetu Praw
Dziecka, że "opiekuje się" siedmioletnim już Gendunem. Później przedstawiciele
chińskich władz udzielali rozmaitych, sprzecznych informacji o jego losie
i miejscu pobytu. Dziś Tybetańczycy obawiają się przede wszystkim o bezpieczeństwo
chłopca. Kiedy poprzedni Panczenlama, poddawany w więzieniu okrutnym torturom,
był bliski śmierci, władze zadbały o rozpuszczenie pogłosek o jego "ucieczce"
z Qingchen. Wielu boi się podobnej "ucieczki" Genduna. W 1999 roku chińska
organizacja praw człowieka podała informację o śmierci i potajemnym spaleniu
zwłok Panczenlamy. Pekin natychmiast zdementował te doniesienia, ale nie przedstawił
żadnych dowodów na to, że chłopiec rzeczywiście żyje.
Na
arenie międzynarodowej
Wiele parlamentów, rządów i organizacji międzynarodowych - w tym Wysoki Komisarz
ONZ ds. Praw Człowieka - poruszało na najwyższych szczeblach sprawę Panczenlamy,
wyrażając zaniepokojenie jego losem i domagając się dopuszczenia doń niezależnych
obserwatorów. Władze chińskie stanowczo odmawiały udzielania szczegółowych
wyjaśnień na temat chłopca, tłumacząc się czy to "względami bezpieczeństwa",
czy to "prośbami jego rodziców", którzy "nie życzą sobie żadnego rozgłosu".
Niespełna rok temu, podczas rutynowej sesji dwustronnego dialogu z ChRL na
temat praw człowieka, dyplomaci brytyjscy ponownie zapytali o Genduna Czokji
Nimę. Chińczycy oświadczyli, że chłopiec jest zdrowy i uczęszcza do szkoły.
Brytyjczykom pokazano - przez stół - dwa zdjęcia, przedstawiające jakoby Panczenlamę.
Nie było szans na identyfikację dziecka; wyglądało jedynie na to, że jest
ono mniej więcej w odpowiednim wieku.
W sierpniu 2001, w odpowiedzi na apele organizacji praw człowieka, delegacja
Komisji Spraw Zagranicznych Sejmu RP, która składała oficjalną wizytę w Tybecie,
wielokrotnie prosiła gospodarzy o aktualne zdjęcia Genduna Czokji Nimy oraz
szczegółowe informacje o jego losie, miejscu zamieszkania i stanie zdrowia.
W opublikowanej po powrocie do Polski "Informacji o pobycie delegacji" podano,
że strona chińska - a konkretnie Raidi, jeden z najwyższych dygnitarzy w Tybetańskim
Regionie Autonomicznym, ówczesny przewodniczący Stałego Komitetu regionalnego
Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych i zastępca sekretarza KPCh w TRA - obiecała
w najbliższym czasie przesłać zdjęcia chłopca do Sejmu RP. Do tej pory nie
wywiązała się z tego zobowiązania. Na konferencji prasowej, którą zwołano
w Sejmie, poseł Czesław Bielecki, przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych,
oświadczył, że jeśli zdjęcia nie zostaną przysłane, wystosuje w tej sprawie
oficjalne pismo do władz ChRL.
W następnej - obecnej - kadencji Sejm jednak o zdjęcia się nie upomniał. W
kwietniu 2002 roku "Gazeta Wyborcza" poprosiła swoich czytelników o wysyłanie
urodzinowych życzeń - za pośrednictwem ambasady ChRL w Warszawie i Marszałka
Sejmu - dla Genduna Czokji Nimy. Na apel odpowiedziały dziesiątki tysięcy
Polaków (w tym wszyscy Nobliści, wybitni artyści, politycy i naukowcy) oraz
internautów z całego świata, a ponad sześćdziesięciu posłów ze wszystkich
ugrupowań zwróciło się do Marszałka Sejmu z prośbą o "formalne poproszenie
władz ChRL o przedstawienie przekonujących dowodów na to, iż Panczenlama Gendun
Czokji Nima pozostaje cały i zdrowy".
Niestety, nawet jeśli jest cały i zdrowy, XI Panczenlama z pewnością nie otrzymuje
starannego, wszechstronnego wykształcenia, które przygotowałoby go do pełnienia
tradycyjnej roli i pozwoliło ziścić nadzieje, jakie Tybetańczycy pokładają
w swoich nauczycielach duchowych i najwyższych hierarchach buddyjskich.
Gendun Czokji Nima, który spędził już połowę życia w chińskim areszcie, pozostaje
jednym z najbardziej wstrząsających dowodów na to, jak Pekin rozumie prawa
człowieka, wolność religii i "autonomię" Tybetu.
Panczenlama