<<powróć



Patrick French
Tybet, Tybet
tłum. Jan Halbersztad
Wyd. ushuaia.pl, Warszawa 2007

Tybet moich myśli

Brytyjczyk Patrick French przez kilkanaście lat działał na rzecz praw człowieka w Tybecie. W końcu postanowił zobaczyć prawdziwy Tybet.

Chciał skonfrontować z rzeczywistością swój "Tybet myśli" -jak pisał o nim na początku zeszłego wieku poeta Henry Newbolt.

Bo Tybet na Zachodzie żyje własnym życiem. W czasach hippisowskiej rewolty był symbolem mistycyzmu. Allen Ginsberg pisał: "Tajemniczy Tybet - realne miejsce wewnątrz umysłu". Wynalazca LSD Timothy Leary polecał tybetańską "księgę umarłych" - zawierającą opis bardo, czyli przechodzenia po śmierci z jednego wcielenia w inne - jako lekturę podczas narkotycznych seansów. Miała być drogą na skróty do osiągnięcia mentalnej nirwany. Z kolei amerykański profesor Robert Thurman, założyciel Tibet House - fundacji powołanej dla ratowania unikalnej kultury tybetańskiej - uważa Tybet za społeczny eksperyment stworzenia utopijnego społeczeństwa: "To kraj psychonautów, w którym do głosu doszły siły kontrkultury (...) Tybet był laboratorium ruchu dążącego do oświecenia i stworzenia zupełnie nowego społeczeństwa składającego się z mniszek i mnichów - pacyfistów spędzających czas na medytacji i tworzeniu".

Patrick French, brytyjski pisarz i dziennikarz (rocznik 1966), jako działacz zachodnich organizacji na rzecz Tybetu przez kilkanaście lat pisał petycje do rządów i instytucji międzynarodowych, organizował akcje polityczne. Dla niego Tybet był miejscem ludobójstwa dokonywanego przez władze Chin. A Tybetańczycy - heroicznymi pacyfistami, którzy mimo prześladowań pozostają wierni religii, Dalajlamie i swojej kulturze.

Książka "Tybet, Tybet", która powstała z konfrontacji jego "Tybetu myśli" z rzeczywistością, jest wolna od propagandy. To miejscami wręcz bolesne rozliczenie się z mitem. French nie próbował go ani potwierdzić, ani obalić. Po prostu patrzył, rozmawiał, doświadczał.

Zobaczył, że - jak wszędzie - heroizm jest udziałem nielicznych. Ludzie najczęściej tęsknią za nowoczesnością, dostatkiem - chcą normalnie żyć. I to, że nie mogą jest nie mniej tragiczne od aktów heroizmu.

W Lasie - stolicy Tybetu - French mieszkał w hotelu, którego recepcjonistka, Tybetanka, donosiła na niego władzom. Władze miały coś na jej wujka. Ale wielu innych Tybetańczyków też donosi - inaczej nie udałoby się im dostać pracy, bo pierwszeństwo w zatrudnieniu, czy prowadzeniu biznesu, mają chińscy osadnicy.

French rozmawiał z tybetańską arystokratką, która w latach 50-tych, po wkroczeniu Chińczyków, dała się porwać komunizmowi i jako nauczycielka szerzyła maoistowską propagandę w szkole.

Rozmawiał ze starą koczowniczką z Amdo, której rodzinę na początku chińskiej okupacji wymordowano, a ona sama cudem przeżyła tortury. Gościł u wieśniaka, który spędził kilkanaście lat w chińskim więzieniu. Teraz, żeby uhonorować Frencha zaprosił lokalnego chińskiego urzędnika. Urzędnik namawiał gospodarza, by jego syn wrócił ze Stanów, gdzie pracuje w bankowości, i zajął się rozwijaniem turystyki regionie: - Zna potrzeby ludzi Zachodu, potrafi się z nimi dogadać - kusił życzliwie urzędnik - U nas są teraz duże możliwości.

Rozmawiał z tybetańską prostytutką - prostytucja to dla wypieranych przez Chinki z rynku pracy Tybetanek jedna z szans, żeby wyrwać się ze wsi i nie żebrać. Zapewniała, że odmawia obsługiwania Chińczyków. Nie jest to patriotyczny gest - po prostu wśród Tybetańczyków "obcokrajowcy" uchodzą za ludzi niższej kultury.

Rozmawiał z ragjabą - przedstawicielem czegoś w rodzaju kasty niedotykalnych w Indiach. Emancypację ludzie ci zawdzięczają Chińczykom, bo w tybetańskiej społeczności byli odseparowani, mogli zawierać związki małżeńskie tylko między sobą i wykonywać jedynie ściśle określone prace, np. grzebanie zmarłych.

French z goryczą opisuje, jak ludzie Zachodu - często motywowani autentyczną chęcią wspomożenia "sprawy Tybetu" - sprowadzili Tybet, buddyzm i Dalajlamę do komercyjnego gadżetu. Przebierają się w tybetańskie stroje, noszą malę (buddyjski różaniec) w charakterze ozdoby i "przechodzą na buddyzm", co najczęściej sprowadza się do demonstrowania całemu światu swojego uduchowienia i pielgrzymowaniu do Dalajlamy. Albo do uwodzenia mnichów.

Zapraszają Dalajlamę do talk-showów, w których zadają mu idiotyczne pytania. Organizują pokazowe uroczystości buddyjskie z jego udziałem, żeby zbierać datki na Tybet. Na jednej z takich imprez aktorka Sharon Stone zachęcała widzów, żeby powitali brawami "Pana pozwólcie mi wrócić do Chin" - czyli Dalajlamę. W tym samym czasie w karcerze chińskiego więzienia Drapczi torturowana tybetańska mniszka Ngałang Sangdrol przeżyła i nie zwariowała tylko dlatego, że modliła się do Dalajlamy - wcielenia Buddy Bezgranicznego Współczucia.

French rozmawiał z Dalajlamą, usiłując zrozumieć, dlaczego daje się w ten sposób wykorzystywać Zachodowi? Dlaczego np. nie żąda praw autorskich do książek rzekomo swojego autorstwa, które są przetłumaczonymi byle jak jego publicznymi wykładami? Przecież powinien mieć jakiś wpływ na to, jakie słowa mu się przypisuje? - Mogę być czym chcecie, np. wygaszaczem ekranów na waszych komputerach. Moim zadaniem jest służyć wszystkim czującym istotom - odparł Dalajlama. French dalej nie wie, czy Dalajlama po prostu nie rozumie, że godzi się na bycie jeszcze jednym gadżetem zachodniej kultury, czy też prowadzi jakąś wyrafinowaną grę?

Byłam w Tybecie kilka lat po Frenchu. Też chciałam skonfrontować z rzeczywistością mój "Tybet myśli". Było to tuż przed oddaniem do użytku kolei z Pekinu do Lasy, dzięki której ma się ziścić plan chińskich władz "utopienia Tybetańczyków w morzu Hanów".

Widziałam drogi, które wrzynają się dosłownie wszędzie. Pracujące przy ich budowie tybetańskie kobiety i chłopców, okutanych w szarpane wiatrem szmaty, mieszkających w podziurawionych namiotach. Tłukli kamienie, utwardzając grunt pod asfalt. Za kilka lat Tybet zostanie po prostu rozjeżdżony.

Widziałam niemal wszędzie ruiny świątyń. W tych, które ocalały, mnisi robią za bileterów - pieniądze idą oczywiście do chińskiej kasy. Odprawiane przez nich rytuały są atrakcją dla tłumów turystów - przede wszystkim z Chin, bo Tybet stał się w Chinach modny. Turyści niemal depczą po bijących pokłony Tybetańczykach. A święte figury Buddów opatrzone są chińskimi i angielskimi etykietkami z informacją, ile złota i szlachetnych kamieni na nie zużyto. Władze Chin zwietrzyły w turystyce interes.

Widziałam tysiące żebraków Lasie. W tym staruszkę, której chyba wstyd było zwyczajnie żebrać, więc kręcąc się w kółko śpiewała ludowe piosenki.

W tybetańskich jadłodajniach na ścianach obok zdjęcia X Panczenlamy (najważniejszego obok Dalajlamy hierarchy religijnego, prawdopodobnie zamordowanego przez Chińczyków) wisiały zdjęcia Mao i Bruce'a Lee. A goście wpatrzeni byli w teledyski z czymś w rodzaju disco polo w chińsko-tybetańskim stylu. Pomyślałam, że zanim Chińczycy zdążą zniszczyć Tybet, zrobi to postępująca makdonaldyzacja.

Patrick French po powrocie z Tybetu odszedł z wpływowej protybetańskiej organizacji, którą kierował: "Po tym wszystkim, co zobaczyłem i usłyszałem, nie mogłem już postrzegać spraw z prostotą i jednoznacznością konieczną do prowadzenia politycznej kampanii. Mogę pomagać Tybetańczykom na wiele innych sposobów: wspierając projekty edukacyjne, działając na rzecz lokalnego biznesu, starając się o wolny przepływ informacji" - napisał.

Jego książka - w której oprócz relacji z podróży zawarł wiele wątków z historii Tybetu - wywoływała kontrowersje i zbierała świetne recenzje na całym świecie.

Ewa Siedlecka, Gazeta Wyborcza