Brytyjczyk
Patrick French przez kilkanaście lat działał na rzecz praw człowieka
w Tybecie. W końcu postanowił zobaczyć prawdziwy Tybet.
Chciał skonfrontować z rzeczywistością swój "Tybet myśli"
-jak pisał o nim na początku zeszłego wieku poeta Henry Newbolt.
Bo Tybet na Zachodzie żyje własnym życiem. W czasach hippisowskiej
rewolty był symbolem mistycyzmu. Allen Ginsberg pisał: "Tajemniczy
Tybet - realne miejsce wewnątrz umysłu". Wynalazca LSD Timothy
Leary polecał tybetańską "księgę umarłych" - zawierającą
opis bardo, czyli przechodzenia po śmierci z jednego wcielenia w inne
- jako lekturę podczas narkotycznych seansów. Miała być drogą na skróty
do osiągnięcia mentalnej nirwany. Z kolei amerykański profesor Robert
Thurman, założyciel Tibet House - fundacji powołanej dla ratowania
unikalnej kultury tybetańskiej - uważa Tybet za społeczny eksperyment
stworzenia utopijnego społeczeństwa: "To kraj psychonautów, w
którym do głosu doszły siły kontrkultury (...) Tybet był laboratorium
ruchu dążącego do oświecenia i stworzenia zupełnie nowego społeczeństwa
składającego się z mniszek i mnichów - pacyfistów spędzających czas
na medytacji i tworzeniu".
Patrick French, brytyjski pisarz i dziennikarz (rocznik 1966), jako
działacz zachodnich organizacji na rzecz Tybetu przez kilkanaście
lat pisał petycje do rządów i instytucji międzynarodowych, organizował
akcje polityczne. Dla niego Tybet był miejscem ludobójstwa dokonywanego
przez władze Chin. A Tybetańczycy - heroicznymi pacyfistami, którzy
mimo prześladowań pozostają wierni religii, Dalajlamie i swojej kulturze.
Książka "Tybet, Tybet", która powstała z konfrontacji jego
"Tybetu myśli" z rzeczywistością, jest wolna od propagandy.
To miejscami wręcz bolesne rozliczenie się z mitem. French nie próbował
go ani potwierdzić, ani obalić. Po prostu patrzył, rozmawiał, doświadczał.
Zobaczył,
że - jak wszędzie - heroizm jest udziałem nielicznych. Ludzie najczęściej
tęsknią za nowoczesnością, dostatkiem - chcą normalnie żyć. I to,
że nie mogą jest nie mniej tragiczne od aktów heroizmu.
W Lasie - stolicy Tybetu - French mieszkał w hotelu, którego recepcjonistka,
Tybetanka, donosiła na niego władzom. Władze miały coś na jej wujka.
Ale wielu innych Tybetańczyków też donosi - inaczej nie udałoby się
im dostać pracy, bo pierwszeństwo w zatrudnieniu, czy prowadzeniu
biznesu, mają chińscy osadnicy.
French rozmawiał z tybetańską arystokratką, która w latach 50-tych,
po wkroczeniu Chińczyków, dała się porwać komunizmowi i jako nauczycielka
szerzyła maoistowską propagandę w szkole.
Rozmawiał ze starą koczowniczką z Amdo, której rodzinę na początku
chińskiej okupacji wymordowano, a ona sama cudem przeżyła tortury.
Gościł u wieśniaka, który spędził kilkanaście lat w chińskim więzieniu.
Teraz, żeby uhonorować Frencha zaprosił lokalnego chińskiego urzędnika.
Urzędnik namawiał gospodarza, by jego syn wrócił ze Stanów, gdzie
pracuje w bankowości, i zajął się rozwijaniem turystyki regionie:
- Zna potrzeby ludzi Zachodu, potrafi się z nimi dogadać - kusił życzliwie
urzędnik - U nas są teraz duże możliwości.
Rozmawiał z tybetańską prostytutką - prostytucja to dla wypieranych
przez Chinki z rynku pracy Tybetanek jedna z szans, żeby wyrwać się
ze wsi i nie żebrać. Zapewniała, że odmawia obsługiwania Chińczyków.
Nie jest to patriotyczny gest - po prostu wśród Tybetańczyków "obcokrajowcy"
uchodzą za ludzi niższej kultury.
Rozmawiał z ragjabą - przedstawicielem czegoś w rodzaju kasty niedotykalnych
w Indiach. Emancypację ludzie ci zawdzięczają Chińczykom, bo w tybetańskiej
społeczności byli odseparowani, mogli zawierać związki małżeńskie
tylko między sobą i wykonywać jedynie ściśle określone prace, np.
grzebanie zmarłych.
French z goryczą opisuje, jak ludzie Zachodu - często motywowani autentyczną
chęcią wspomożenia "sprawy Tybetu" - sprowadzili Tybet,
buddyzm i Dalajlamę do komercyjnego gadżetu. Przebierają się w tybetańskie
stroje, noszą malę (buddyjski różaniec) w charakterze ozdoby i "przechodzą
na buddyzm", co najczęściej sprowadza się do demonstrowania całemu
światu swojego uduchowienia i pielgrzymowaniu do Dalajlamy. Albo do
uwodzenia mnichów.
Zapraszają
Dalajlamę do talk-showów, w których zadają mu idiotyczne pytania.
Organizują pokazowe uroczystości buddyjskie z jego udziałem, żeby
zbierać datki na Tybet. Na jednej z takich imprez aktorka Sharon Stone
zachęcała widzów, żeby powitali brawami "Pana pozwólcie mi
wrócić do Chin" - czyli Dalajlamę. W tym samym czasie w
karcerze chińskiego więzienia Drapczi torturowana tybetańska mniszka
Ngałang Sangdrol przeżyła i nie zwariowała tylko dlatego, że modliła
się do Dalajlamy - wcielenia Buddy Bezgranicznego Współczucia.
French rozmawiał z Dalajlamą, usiłując zrozumieć, dlaczego daje się
w ten sposób wykorzystywać Zachodowi? Dlaczego np. nie żąda praw autorskich
do książek rzekomo swojego autorstwa, które są przetłumaczonymi byle
jak jego publicznymi wykładami? Przecież powinien mieć jakiś wpływ
na to, jakie słowa mu się przypisuje? - Mogę być czym chcecie, np.
wygaszaczem ekranów na waszych komputerach. Moim zadaniem jest służyć
wszystkim czującym istotom - odparł Dalajlama. French dalej nie wie,
czy Dalajlama po prostu nie rozumie, że godzi się na bycie jeszcze
jednym gadżetem zachodniej kultury, czy też prowadzi jakąś wyrafinowaną
grę?
Byłam
w Tybecie kilka lat po Frenchu. Też chciałam skonfrontować z rzeczywistością
mój "Tybet myśli". Było to tuż przed oddaniem do użytku
kolei z Pekinu do Lasy, dzięki której ma się ziścić plan chińskich
władz "utopienia Tybetańczyków w morzu Hanów".
Widziałam drogi, które wrzynają się dosłownie wszędzie. Pracujące
przy ich budowie tybetańskie kobiety i chłopców, okutanych w szarpane
wiatrem szmaty, mieszkających w podziurawionych namiotach. Tłukli
kamienie, utwardzając grunt pod asfalt. Za kilka lat Tybet zostanie
po prostu rozjeżdżony.
Widziałam niemal wszędzie ruiny świątyń. W tych, które ocalały, mnisi
robią za bileterów - pieniądze idą oczywiście do chińskiej kasy. Odprawiane
przez nich rytuały są atrakcją dla tłumów turystów - przede wszystkim
z Chin, bo Tybet stał się w Chinach modny. Turyści niemal depczą po
bijących pokłony Tybetańczykach. A święte figury Buddów opatrzone
są chińskimi i angielskimi etykietkami z informacją, ile złota i szlachetnych
kamieni na nie zużyto. Władze Chin zwietrzyły w turystyce interes.
Widziałam tysiące żebraków Lasie. W tym staruszkę, której chyba wstyd
było zwyczajnie żebrać, więc kręcąc się w kółko śpiewała ludowe piosenki.
W tybetańskich jadłodajniach na ścianach obok zdjęcia X Panczenlamy
(najważniejszego obok Dalajlamy hierarchy religijnego, prawdopodobnie
zamordowanego przez Chińczyków) wisiały zdjęcia Mao i Bruce'a Lee.
A goście wpatrzeni byli w teledyski z czymś w rodzaju disco polo w
chińsko-tybetańskim stylu. Pomyślałam, że zanim Chińczycy zdążą zniszczyć
Tybet, zrobi to postępująca makdonaldyzacja.
Patrick French po powrocie z Tybetu odszedł z wpływowej protybetańskiej
organizacji, którą kierował: "Po tym wszystkim, co zobaczyłem
i usłyszałem, nie mogłem już postrzegać spraw z prostotą i jednoznacznością
konieczną do prowadzenia politycznej kampanii. Mogę pomagać Tybetańczykom
na wiele innych sposobów: wspierając projekty edukacyjne, działając
na rzecz lokalnego biznesu, starając się o wolny przepływ informacji"
- napisał.
Jego książka - w której oprócz relacji z podróży zawarł wiele wątków
z historii Tybetu - wywoływała kontrowersje i zbierała świetne recenzje
na całym świecie.
Ewa Siedlecka, Gazeta Wyborcza