Wywiad z profesorem Samdongiem Rinpocze

«powróć


Fragmenty:

- Czy zechce nam Pan opowiedzieć nieco o sobie ?
Urodziłem się w odległej wiosce na południowym wschodzie Tybetu. Była to bardzo uboga wioska a i ja sam pochodzę z rodziny niezamożnych dzierżawców. Od kiedy w wieku czterech lat wstąpiłem do klasztoru, mój los zmienił się na lepsze. Kiedy miałem pięć lat rozpoznano we mnie Samdonga (wcielenie czwartego Samdonga Rinpocze), co otworzyło przede mną szersze możliwości. Dzięki temu moje życie było łatwiejsze i mogłem uzyskać dobre wykształcenie.
Mając dwanaście lat opuściłem rodzinną wioskę i udałem się do Tybetu centralnego by tam otrzymać wyższe wykształcenie. Niestety, w wieku dwudziestu lat (w 1959 roku) z powodu chińskich represji musiałem uciekać z Tybetu i szukać schronienia w Indiach. Po przybyciu do Indii przez niemal rok byłem po prostu wolnym mnichem.
W lipcu 1960 roku Jego Świątobliwość Dalajlama wybrał mnie, bym udał się do Dharamsali i od tamtej pory na różnych szczeblach pracuję na rzecz uchodźców tybetańskich. W 1971 roku zostałem mianowany wykładowcą w Centralnym Instytucie Wyższych Studiów Tybetańskich w Varanasi, gdzie zostałem aż do roku 2001.

- Jakie wspomnienia zachował Pan z okresu poprzedzającego rozpoznanie w Panu reinkarnacji?
Niewiele juz pamiętam. Moi rodzice pracowali w polu. Nosili mnie na plecach, a podczas pracy zostawiali pod drzewem, karmiąc od czasu do czasu mlekiem. Co prawda nie brakowało nam jedzenia, ale z ubraniami i zabawkami była cięższa sprawa.

- Jest Pan pierwszym pochodzącym z wyboru prezesem gabinetu. Jak wyglądał poprzedni system i co stało za wprowadzeniem tej zmiany?
Nie znam tak naprawdę głębokich pobudek, jakimi kierował się Dalajlama, ale nie był zwolennikiem pomysłu wyznaczania przez siebie kandydatów do gabinetu. [Wcześniej] Parlament na wychodźstwie mógł wybierać między kandydatami zgłoszonymi przez Jego Świątobliwość, nie miał jednak swobody wyboru kogoś z zewnątrz.
W odczuciu Jego Świątobliwości brakowało w tym zdania społeczeństwa. O ile pochodzący z wyborów organ ustawodawczy korzysta w pełni z mandatu społeczeństwa, organ wykonawczy ma ten mandat bardzo ograniczony. Jego Świątobliwość chciał go rozszerzyć, zwiększając jednocześnie zakres uprawnień, tak, by ciało wykonawcze miało możliwość podejmowania decyzji i inicjowania programów. Poza tym, kiedy szef gabinetu ma możliwość wyboru swej ekipy, ta staje się bardziej zwarta i solidna.
Takie oto przemyślenia towarzyszyły Jego Świątobliwości gdy wprowadzał w marcu 2001 zmiany, o których mówimy. W tamtym czasie byłem gotów wycofać się z życia publicznego. Nowy system został wprowadzony gdy kończyła się moja kadencja jako przewodniczącego parlamentu. Zgodnie z radą Jego Świątobliwości, Parlament uchwalił poprawkę do Karty i ustanowiono nowy system polityczny bezpośredniego wyboru prezesa rady ministrów. Tak więc, szczęśliwie lub nie, zostałem wybrańcem narodu.

- Zatem jako jedyny pochodzi Pan z wyborów i może Pan wybrać resztę swojej ekipy?
Tak, jednakże skład mojej ekipy podlega zatwierdzeniu przez parlament. W razie jakichkolwiek obiekcji decyzja zapada w drodze głosowania. Jeśli kandydat otrzyma więcej niż 50 % głosów może pracować dalej, inaczej muszę wyznaczyć nowego członka gabinetu. Przypomina to dosyć system amerykański.

- Macie więc obecnie parlament, gabinet, cały system polityczny, w czym może to służyć tym, którzy wciąż są w Tybecie? Jaki ma to na nich wpływ?
Tybetański rząd emigracyjny nie ma wielu szans ani możliwości pracy w Tybecie lub zmienienia tam czegokolwiek. Jednak Tybetańczycy w Tybecie sądzą, że rząd przebywający na emigracji w Indiach, pod kierownictwem Jego Świątobliwości jest ich prawowitym rządem, podczas gdy kontrolowane przez Chiny władze w Tybecie są pozbawione takiej legitymizacji i bezprawne.
Ulepszenia lub reformy wprowadzane przez rząd emigracyjny, jakie by nie były, stanowią zachętę i inspirację dla rodaków w Tybecie. Wszyscy oni myślą, że z chwilą gdy Tybet stanie się na powrót wolny lub autonomiczny, stworzony tutaj rząd lub system polityczny zostanie przeniesiony do Tybetu. Będzie miał wówczas doświadczenie i kwalifikacje niezbędne do wprowadzenia procedur demokratycznych.
W rezultacie, ludzie żyjący w Tybecie czują, w pewnym sensie, bardziej, że te sprawy ich dotyczą niż ci, mieszkający poza Tybetem. Ci ostatni nie czują takiego związku z administracją w Dharamsali, ponieważ żyją w wolnym kraju, lecz ludzie w Tybecie mają oczy szeroko otwarte i są świadomi tego, co dzieje się tutaj.
W czasie tych wyborów próbowałem się wycofać, ale kiedy dotarły do mnie liczne, poruszające wiadomości właśnie z Tybetu, postanowiłem podtrzymać swoją kandydaturę i zaakceptować wynik wyborów. To były wzruszające wiadomości, nie głosy. Rzecz jasna oni nie mogą głosować.

- Co znaczy, że jedynie Tybetańczycy spoza Tybetu wzięli udział w głosowaniu… może nam Pan podać jakieś liczby?
- Około 52 procent wpisanych na listy wyborców wzięło udział w głosowaniu. Wszystkich spisanych wyborców jest około 60 000.

- Młode pokolenie Tybetańczyków daje dowód rosnącego zniecierpliwienia ruchem pokojowym. Jak mógłby Pan to wyjaśnić?
Ruch pokojowy jest dla Tybetańczyków jedynym sensownym wyjściem. Można to widzieć na dwa sposoby. Pierwszy, to ten Jego Świątobliwości oraz jego zwolenników, którzy widzą to jako przejaw wiary lub stanowisko mające uzasadnienie na gruncie moralnym. Niestosowanie przemocy jest jedynym sposobem osiągnięcia namacalnych efektów, przemoc przyniosłaby również pewne rezultaty, lecz nie byłyby one trwałe. Drugi punkt widzenia opiera się na tym, że nawet traktując to jak strategię a nie wyraz wiary, niestosowanie przemocy pociąga za sobą większą skuteczność, mniej kosztów i mniej niekorzystnych reakcji. Nawet jeśli ktoś wierzy w przemoc, to przypuszczenie, że Chińczycy będą zważać na garstkę Tybetańczyków jest praktycznie nie do utrzymania ... droga niestosowania przemocy przyniosła nam wiele satysfakcji i pozwoliła dokonać znacznie więcej niż sądzimy.

- Jakie jednak namacalne efekty mógłby Pan wskazać młodym?
Jeśli przyjrzymy się historii jakiegokolwiek okupowanego państwa na świecie widzimy, że nikt nie zdobył wolności w czterdzieści lub pięćdziesiąt, ani nawet w sto lat. Na przykład Indie musiały przez ponad trzysta lat walczyć o odzyskanie niepodległości. Oczywiście w odczuciu jednostki może to wydawać się długim okresem, ale w historii narodów pięćdziesiąt dwa lub czterdzieści dwa lata to w istocie bardzo krótki czas.
Niemniej jednak nawet w tym stosunkowo krótkim czasie zdołaliśmy sprawić, że Tybet znalazł się na liście priorytetów, zarówno na najwyższym szczeblu międzynarodowym jak i tym podstawowym [ludzkim]. Niemal w każdym państwie istnieją aktywnie działające grupy wsparcia Tybetu - w Ameryce Północnej i Południowej, w Afryce, w Europie. Tworzą je wolontariusze, którzy poświęcają na to własne pieniądze. Stało się to możliwe tylko dlatego, że Tybetańczycy trwają przy niestosowaniu przemocy. Inaczej pewna część ludzi udzieliłaby nam pomocy w postaci broni i amunicji, pociągnęła młodych do walki, lecz nie przyczyniłoby nam to wielkiego poparcia w świecie ani sympatii, jakie mamy obecnie.

- Lecz w czasie, gdy trwają te zmagania mówi się, że Chińczycy zmieniają strukturę demograficzną Tybetu, tak, że już wkrótce Tybetańczycy mogą stać się mniejszością w Tybecie ...
Już są mniejszością. Chiny robią wszystko by przewyższać liczebnie Tybetańczyków w Tybecie, ale przymusowe przesiedlenia ludności nie są trwałe. Kiedy tylko scenariusz polityczny się zmieni, Chińczycy zechcą wrócić do swojej ojczyzny. Oni nie chcą zostawać w Tybecie. Nie są w stanie przyzwyczaić się do klimatu Tybetu. Tak więc kiedy polityka ulegnie zmianie, trudno przyjdzie im znaleźć socjalne i emocjonalne uzasadnienie decyzji o pozostaniu.
Z drugiej strony, nawet obecnie Chińczykom udało się zmienić demografię tylko w miastach, ale już nie w tybetańskich wioskach. Wśród plemion nomadów Chińczycy okazali się niezdolni do zmiany struktury demograficznej.

- Jeśli dobrze rozumiem, Dalajlama nie może prowadzić żadnej działalności politycznej na ziemi indyjskiej? Czy wybory te nie były akcją polityczną?
W 1959 roku, władze indyjskie zaleciły Dalajlamie, by będąc w Indiach nie uprawiał działalności politycznej skierowanej przeciw Chinom. To zalecenie było zawsze skrupulatnie respektowane i tak jest po dziś dzień. Przez czterdzieści dwa lata nigdy niczego nie zrobiliśmy. Nie sądzę by nawet Chińczycy mogli mieć coś do zarzucenia (wyborom). Jeśli uznają wybory za ważne, wówczas mają prawo nazwać je działaniem politycznym. Oni jednak nie uznają istnienia rządu emigracyjnego, tak więc wszystko co robimy ma niewielką wagę. Jeśli jednak oświadczą, że była to działalność rządu na wychodźstwie, byłoby to pośrednio jego uznaniem.
Coś podobnego miało miejsce jakiś czas temu. Chińczycy zaprotestowali przeciwko rozwinięciu flagi tybetańskiej. Ktoś więc zapytał "Przyznajecie więc, że jest to flaga narodowa ?". Odpowiedzieli "nie". Zapytano ich znowu "Jeśli więc to tylko kawałek materiału, przeciw czemu protestujecie?".

- Jakiego rodzaju dokumenty wydaje się przybywającym do Indii Tybetańczykom, którzy chcą następnie udać się zagranicę?
Mamy karty identyfikacyjne wydawane przez rząd indyjski na podstawie międzynarodowego prawa o bezpaństwowcach. Według tego prawa, państwo przyjmujące może wydawać takie karty i większość osób je otrzymuje. Nazywamy je żółtymi paszportami. Przypominają każdy inny paszport poza tym, że w rubryce "obywatelstwo" widnieje wpis "tybetański bezpaństwowiec przebywający na uchodźstwie w Indiach". Mając te dokumenty otrzymujemy wizy różnych państw. Na tych samych kartach jest też to, co nazywamy "NORI" (ang. No objection to return to India, czyli "może bez przeszkód wrócić do Indii"), jednakże gdy podróżujemy zagranicą, tracimy nasz status rezydentów i musimy od nowa występować o indyjską wizę, w miejscu, gdzie akurat się znajdujemy. Jest to bardzo prosta formalność, która w Europie zabiera nie więcej niż godzinę.

- Nie macie więc obywatelstwa indyjskiego ...
Nie, choć mamy prawo stać się obywatelami Indii ponieważ jesteśmy od dawna rezydentami.

- Czy ktoś korzysta z tego prawa?
Nieliczni - ci, którzy pracują dla rządu indyjskiego, w innym przypadku to nie jest konieczne.

- Fakt przyjęcia obywatelstwa innego państwa umniejsza zaangażowanie w sprawę?
Niekoniecznie. W naszej Karcie przyjęliśmy pewne rozporządzenia dla tych, którzy chcieliby zostać obywatelami innych państw, zachowując oddanie sprawie tybetańskiej. Mogą zachować obywatelstwo tybetańskie płacąc dobrowolny podatek na rzecz rządu emigracyjnego. W krajach zachodnich wynosi on ok. 80 $ rocznie (91 euro). W Indiach, Bhutanie i Nepalu - 80 rupii rocznie (nieco ponad 2 euro). Ci, którzy biorą udział w składce otrzymują zielony karnet. Jak długo posiada się taki karnet, zatrzymuje się też obywatelstwo tybetańskie. Nie mając go jednak, nie ma się dostępu do środków przyznawanych Tybetańczykom. System ten istnieje od 1971 roku. Ponad 90 procent uchodźców posiada taki karnet. Liczba osób na listach wyborców jest znacznie niższa od liczby posiadaczy karnetu, jest on jednak wymagany by znaleźć się na liście.

- Gdzie trafiają pieniądze?
Pieniądze trafiają do Dharamsali gdzie stanowią główne źródło naszego budżetu rocznego.

- A inne fundusze, pochodzące z innych źródeł ... datki, prezenty?
Wszystkie są deponowane w skonsolidowanym funduszu tybetańskiego rządu emigracyjnego. Nie jesteśmy uprawnieni do wydawania pieniędzy zanim nie trafią one do wspólnego funduszu - budżet ten musi być zatwierdzony przez parlament emigracyjny.

-Poza Indiami, gdzie obecnie można mówić o silnym ruchu?
Mówiąc o ruchu, na poziomie rządowym i administracyjnym na czele stoją Stany Zjednoczone. Kongres amerykański przyjął wiele rezolucji, obligujących administrację do zajmowania się sprawą tybetańską. Powołano tam urząd specjalnego koordynatora ds. Tybetu. Za każdym razem gdy wynika problem praw człowieka i stanu środowiska, podnoszona jest sprawa Tybetu.
Władze amerykańskie występują też do Chin o podjęcie bezwarunkowego dialogu z Dalajlamą. Trwa to już od jakiegoś czasu. Administracja Clintona wielokrotnie popychała do tego rząd chiński.
Jest też Unia Europejska: parlamenty wielu krajów uchwaliły rezolucje popierające Tybet. Wielka Brytania, Norwegia, Włochy, Niemcy. Również Kanada porusza kwestię Tybetu przy każdej okazji spotkań z Chinami.

- W porządku, czy jest jednak państwo, które uznało oficjalnie rząd emigracyjny?
Nie. Uznanie nie jest sprawą prostą. Wynika to z tego, że większość państw i rządów na świecie utrzymuje stosunki dyplomatyczne z Chinami, a pierwszym warunkiem jaki stawia Chińska Republika Ludowa jest to, by władze drugiego państwa przyznały, że Tybet jest częścią Chin.

- Czy oficjalne uznanie mogłoby jednak służyć waszej sprawie?
Sądzę, że obecnie niewiele by to zmieniło. Wywarłoby pewną presję polityczną na Chiny, lecz nie byłoby wystarczające by Chiny się zmieniły. Nie sądzę by społeczność międzynarodowa mogła zrobić coś poza wywieraniem presji lub przekonywaniem Chińczyków do negocjacji z Jego Świątobliwością w celu znalezienia autentycznego rozwiązania problemu. To jedyny sposób.

 

 

Samdong Rinpocze
Konferencja na Sorbonie
16 października 2000 roku.
(Zdj. Stéphane Gingréau)


"Dla Tybetańczyków jedynym wyjściem jest ruch pokojowy"
W lipcu 2001 roku Dalajlamie, świeckiemu i duchowemu przywódcy Tybetańczyków udało się przeprowadzić bardzo znaczącą reformę - odtąd sam naród wybiera bezpośrednio swego przywódcę politycznego.
Dlatego też 29 lipca tybetańscy wyborcy na całym świecie pospieszyli do zaimprowizowanych urn by wybrać szefa gabinetu rządu emigracyjnego. Wynik głosowania : zdecydowana większość za Samdongiem Rinpocze Lobsangiem Tenzinem, lat 62.
Tym, co kierowało 66-letnim Dalajlamą, świeżo przyjętym do szpitala z powodu dolegliwości brzusznych i przemęczenia była troska o zapewnienie bezkonfliktowej ciągłości i odsunięcie, jeszcze za jego życia, wszelkich możliwych niejasności co do kierownictwa.
W wywiadzie z redaktorem naczelnym Rananandą Senguptą spadkobierca polityczny wyjaśnia zasady rządu emigracyjnego oraz kreśli ogólną ideę tybetańskiego ruchu na rzecz wolności.