Streszczenie rady Jego Świątobliwości dla mieszkających w Polsce Tybetańczyków

Żyjemy na wygnaniu od niemal pięćdziesięciu pięciu lat – nakłada to na nas wielką odpowiedzialność.

Sytuacja w ojczyźnie jest tak zła, że protesty naszych rodaków przybrały już postać samospaleń. Za sprzeciw wobec chińskich rządów wielu cierpi w więzieniach. Niemniej ich duch pozostaje silny jak chyba nigdy wcześniej.

Na nas, Tybetańczykach żyjących na wychodźstwie, w wolnym świecie spoczywa zatem po pierwsze ogromna odpowiedzialność wobec braci i sióstr w kraju. Musimy ich tu reprezentować, pełnić funkcję ich rzeczników, ale abyśmy mogli czynić to godnie i w prawdzie, winniśmy sami czuć ogrom ich cierpienia i bólu.

W Polsce jest was niewielu, nie zmniejsza to przecież zakresu zobowiązania. Cieszę się, że zarejestrowaliście wreszcie formalnie społeczność i możecie działać w majestacie prawa.

Nasza długa historia i jej dziedzictwo – religia i kultura – dają nam powody do słusznej dumy. Na wygnaniu dane mi było spotykać się z przedstawicielami i przywódcami wielu innych religii i kultur – pozwala to także docenić własną spuściznę i uświadamia, że rzeczywiście mamy się czym szczycić.

W VII-IX wieku władaliśmy potężnym imperium, według historyków porównywalnym z państwami stworzonymi przez Chińczyków i Mongołów.

W VIII wieku przyjęliśmy buddyzm. Kluczową rolę w procesie przenoszenia nauk odegrali wielcy mistrzowie Siantarakszita i Kamalasila, słynni nauczyciele filozofii i logiki. W tym dziele miał swój udział także Padmasambhawa, jeśli jednak idzie o doktrynę, przekłady i tradycję zakonną, najważniejszy był Siantarakszita, który mimo sędziwego wieku – w swej ogromnej dobroci i szczodrości – nauczył się nawet naszego języka.

Rytuały są rzecz jasne ważne i dobre, niemniej nie można ograniczać się do nich. Praktyka musi opierać się na zrozumieniu i wiedzy. Już dawni mistrzowie upominali, że tantra nie zastąpi studiów.

Odziedziczyliśmy więc niezwykłą, pełną tradycję buddyjską. Jest ona kompletna – w tym sensie, że nie musimy szukać niczego poza nią, dysponujemy pełnym przekazem nauk buddyjskich.

To tradycja wielkiego monastycznego uniwersytetu Nalanda – wiedzy i doświadczenia, nie tylko rytuału. Lubię ją nazywać tradycją filozofii buddyjskiej i buddyjskiej nauki umysłu. Jest ona bezcenna i interesująca nie tylko dla nas, nasza wiedza na temat umysłu i mechanizmów jego działania jest dziś przedmiotem badań uczonych na całym świecie, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych.

Drugim elementem naszego dziedzictwa, który może być darem dla świata, jest tradycyjna medycyna tybetańska. Doskonale udokumentowane przypadki dowodzą, że nasze leki potrafią pomóc tam, gdzie medycyna alopatyczna okazuje się wciąż bezradna.

Podkreślam raz jeszcze – buddyzm to nie tylko modlitwa i rytuał. To logika, epistemologia, skarb, którym winniśmy się dzielić, ale w tym celu najpierw musimy go poznać.

Studia buddyjskie nie powinny być – jak wciąż zdaje się wierzyć wielu Tybetańczyków – domeną li tylko mnichów i mniszek, ale całego społeczeństwa. To moje nowe przesłanie: macie być buddystami na miarę XXI wieku, studiować, debatować, przekazywać innym skarb naszego dziedzictwa.

Nie wystarczy, że wydaje się wam, iż przyjmujecie schronienie w Buddzie, Dharmie i Sandze. Trzeba najpierw wiedzieć, czym są te Trzy Klejnoty. Kim jest Budda, czym jest Dharma, czym Sangha. Niektórzy sądzą, że Sangha to po prostu ludzie w bordowych i żółtych szatach. Nic bardziej błędnego, świat jest dziś pełny fałszywych lamów, mamy ich zatrzęsienie. Buddyzm to nauka przyczynowości, karmy, przyczyny i skutku. Skąd bierze się Budda, co czyni Buddą? Pytam: wiecie? Nie wiecie, a musicie to wiedzieć, żeby nie wpadać w pułapkę ślepej wiary. Wiara musi się zasadzać na znajomości i zrozumieniu zasady przyczyny i skutku.

Powtarzam: studia buddyjskie są wam po prostu niezbędne. Stare traktaty omawiają różne szkoły myślenia i filozofii, przybliżając mnogość poglądów.

Lamowie w szatach, jak długo tu jesteście? [Jeden drugi raz po kilkuletniej przerwie, drugi od ośmiu lat, po ukończeniu części programu studiów w Drepungu.] Musicie studiować filozofię i logikę, debatować. Nie wolno ograniczać się do odprawiania rytuałów i wróżenia. Macie znać filozofię i jej różne szkoły. Autentyczna praktyka stoi właśnie na tym fundamencie.

Przypomniałem tę anegdotę przed kilkoma dniami w Stanach Zjednoczonych: do klasztoru w Khamie przychodzą pielgrzymi, pytają o opata, a jego mnich odpowiada, że poszedł straszyć wieśniaków. Buddyzm to nie jest przerażanie piekłami ani ślepa wiara.

Jeszcze jedno – często zaczyna się udzielanie nauk od podkreślenia znaczenia lamy, nauczyciela. Uważam, że nie jest to właściwe, ponieważ może być rozumiane opacznie. Jako chęć wywyższenia się, wyniesienia nad innych. Nie ma w tym sensu ani pożytku. Nauki winaji mówią o roli mnichów, podkreślają znaczenie wyrzeczenia i status gelongów – oraz widzenia ich w sposób czysty – ale ludzie muszą rozumieć te pouczenia właściwie, w kontekście, bowiem ma to być pomocą właśnie dla nich, i dla ich praktyki.

Wróćmy do Tybetu. Jak już wspomniałem, w VII wieku my Tybetańczycy stworzyliśmy potężne imperium i byliśmy zjednoczeni. Mamy dziś wielu rzeczników pełnej niepodległości, ale dobrze byłoby, żeby rozumieli oni, o czym mówią, odwołując się na przykład do deklaracji niepodległości XIII Dalajlamy. Tamta niepodległość – tak jak postanowienia konwencji z Simli – dotyczyła wyłącznie centralnej części kraju. Tybet sięgał tylko rzeki Driczu, na jej drugim brzegu były już Chiny. Pamiętajmy, że mówiono wtedy o dwóch Tybetach, wewnętrznym i zewnętrznym, kontrolę nad połową kraju oddając Chinom.

Dziś jesteśmy zjednoczeni jak nigdy przedtem, w trzech dzielnicach – U-Cangu, Khamie i Amdo – i nie wolno tego zaprzepaścić. Scala nas dziedzictwo religii i kultury. Jego duszą jest język (jednocześnie najwspanialsze, niezrównane narzędzie zgłębiania i krzewienia nauk buddyjskich).

Jesteśmy też jak nigdy silni duchem.

Opowiadając się za niepodległością, musimy cofać się do epoki wielkich królów. O naszej ówczesnej niepodległości zaświadczają stare chińskie kroniki dynastii Tang. Nie musimy szukać żadnych innych dowodów gdzie indziej, podczas gdy w czasach XIII Dalajlamy niepodległością cieszył się tylko Tybet środkowy. Te stare księgi wydaje się dziś nawet w Lhasie, wyraźnie mówią one o dwóch narodach, tybetańskim i chińskim, choć czasem, z oczywistych względów, zaskakuje dobór słów w przekładach. Podkreślam, jeśli mówi się coś publicznie, trzeba czynić to roztropnie i być świadomym wszystkich konsekwencji.

Powtórzę zatem – nie zabiegamy o pełną niepodległość, tylko o rzeczywistą autonomię. Leży ona w naszym interesie choćby w wymiarze gospodarczym, bowiem Tybet wciąż pozostaje zaniedbany materialnie. Możemy zatem zyskać na rozwoju Chin i odnosić z tego korzyści.

Chcemy natomiast kontrolować wszystko, co dotyczy naszej religii, kultury, języka. Pragniemy je zachować i rozwijać. Temu służy idea „ume lam”, „drogi środka”. Opowiada się o niej mnóstwo głupstw. To nie jest coś stałego, niezmiennego – ciągle pracujemy nad strategią, modyfikujemy, niemniej już w 1974 roku doszliśmy do wniosku, że prędzej czy później przyjdzie nam rozmawiać z Chinami. Pandit Nehru, kiedy prosiłem go o wniesienie rezolucji w Zgromadzeniu Ogólnym Organizacji Narodów Zjednoczonych, powiedział mi, że Ameryka nie wyda Chinom wojny o Tybet. Po prostu musieliśmy przyjąć to do wiadomości i wyciągnąć z tego wnioski.

Są i tacy, którzy uważają, że powinniśmy zacząć od upominania się o niepodległość, a potem tonować te roszczenia stosownie do okoliczności. Nie zgadzam się z nimi, nie widzę bowiem sensu w osłabianiu własnej pozycji.

Krótko: zabiegamy o autonomię, która pozwoli nam zachować oraz rozwijać nasze dziedzictwo i tożsamość.

Życzę wam wszystkiego najlepszego.

 

Warszawa, 24 października 2013

 

Zdjęcie ze Światowego Szczytu noblistów w Warszawie, 23 października 2013; fot. Maciej Smiarowski.