WARUNKI SPOŁECZNO-EKONOMICZNE I KOLONIALIZM

Wprowadzenie

„Cena, jaką Tybet zapłacił za rozwój, była znacznie wyższa niż zyski” — tak ocenił Panczenlama trzydzieści lat chińskiego panowania w Tybecie.

Rząd chiński co roku przedstawia światu raporty o wielkich osiągnięciach gospodarczych w Tybecie: o rekordowych zbiorach, wzroście uprzemysłowienia, rozwoju infrastruktury itd. itp. Ton chińskich oświadczeń nie zmieniał się nawet wtedy, gdy Tybet, po raz pierwszy w swej wiekowej historii, doświadczał klęski głodu: w latach 1961-1964 i 1968-1973. Dopiero później rząd chiński przyznał się do katastrofalnych skutków polityki gospodarczej i społecznej, narzuconej narodowi tybetańskiemu. Oceniając dokonania gospodarcze i społeczne w Tybecie na podstawie chińskich raportów, należy pamiętać o dwóch rzeczach: po pierwsze, raportów tych nie można brać za dobrą monetę — w Chinach nawet oficjalne statystyki służą potwierdzaniu tez politycznych, a nie przedstawianiu obiektywnego obrazu sytuacji; po drugie, dowody świadczą o tym, że to nie Tybetańczycy zyskują na gospodarczym rozwoju Tybetu. Beneficjentami nowej, otwartej chińskiej polityki gospodarczej są przede wszystkim chińscy osadnicy w Tybecie, ich władza, ich wojsko, ich przedsiębiorstwa i ich firmy.

Jedynym chińskim przywódcą, któremu starczyło uczciwości i odwagi, by przyznać się do fiaska polityki, mającej poprawić warunki życia Tybetańczyków, był Hu Yaobang, były sekretarz chińskiej partii komunistycznej. Podczas wizyty w Tybecie w czerwcu 1980 roku przyznał publicznie, że okrzyczana chińska „pomoc” nie przyniosła Tybetańczykom pożytku. Odwiedził tybetańskie rodziny, żyjące w wielu komunach — również w tzw. „komunie antyimperialistycznej”. Oburzony skrajną nędzą Tybetańczyków, zwołał zebranie najwyższych dygnitarzy TRA i zapytał, czy wszystkie fundusze przesyłane do Tybetu zostały „wyrzucone do rzeki Jarlung”. Stwierdził, że wbrew twierdzeniom chińskiej propagandy, warunki życia w Tybecie są gorsze niż w roku 1959 i że obecność tak wielu Chińczyków, zwłaszcza funkcjonariuszy administracji, stoi na prze- szkodzie rozwojowi.

Jednocześnie oświadczył, że należy podjąć kroki, które w ciągu trzech lat doprowadzą do przywrócenia warunków życia sprzed 1959 roku, i wycofać 85 proc. chińskich kadr. Sekretarz partii z TRA, Yin Fatang, powiedział, że Hu uznał Tybet za region „pogrążony w nędzy i zacofany”. [Red Flag, nr 8, 1983] łatwiej wytłumaczyć rozziew między twierdzeniami strony chińskiej a rzeczywistą sytuacją w Tybecie, jeśli się zrozumie, że charakter chińskiej władzy w Tybecie jest w istocie rzeczy kolonialny. W epoce kolonializmu podobne, dumne zapewnienia o gospodarczym i społecznym postępie, jaki przynosi „zacofanym” koloniom nowy rząd, były na po- rządku dziennym. Twierdzenia o rozwoju gospodarczym były często prawdziwe, tyle że rdzenna ludność zawsze więcej dawała kolonizatorom i ich przedsiębiorcom, niż dostawała w zamian. Jedną z cech kolonializmu jest przecież eksploatacja kolonii na rzecz władzy kolonialnej. Tak też przedstawia się dzisiaj sytuacja w Tybecie.

 

Reformy społeczno-ekonomiczne od 1949 roku

Wkrótce po wkroczeniu do Tybetu, Chiny narzuciły mu brzemienne w skutki programy kolektywizacji. Pasterzom oraz rolnikom skonfiskowano wszystkie stada i podzielono ich na brygady i komuny. Koczownicy wypasali własne dotychczas stada, nie mając żadnego prawa do produktów swojej pracy. Podobne przepisy obowiązywały chłopów. Na ich roczną dietę składało się 5-6 funtów (2,3-2,7 kg) masła, 10 funtów (4,5 kg) mięsa oraz 4 lub 5 kheli (1 khel — około 11-14 kg) campy [mąki z prażonych ziaren jęczmienia]. W latach 1961-1964 i 1968-1973 w pasterskich regionach Tybetu panował głód. Tysiące Tybetańczyków ratowało się jedzeniem gryzoni, psów, robaków — wszystkiego, co dało się zjeść. W 1979 roku nowi chińscy przywódcy zainicjowali politykę liberalizacji. Jednym z jej pierwszych etapów była dekolektywizacja, która polepszyła nieco warunki życia Tybetańczyków.

Niemniej nawet dziś sytuacja nie jest zadowalająca. Z rocznym dochodem w wysokości 80 dolarów USA na jednego mieszkańca w roku 1990, z 21,7 proc. dorosłych umiejących pisać i czytać i z przeciętną długością życia wynoszącą czterdzieści lat — TRA zdobył 0,087 w Indeksie rozwoju ludzkości Programu Rozwoju ONZ, plasując się, teoretycznie, między Czadem a Dżibuti, na 153 miejscu pośród 160 państw świata.

Władze chińskie również uznają te fakty. Dordże Cering, przewodniczący Rządu Ludowego TRA, stwierdził na 7 sesji Chińskiego Krajowego Zgromadzenia Ludowego (marzec 1990), że Tybet (Region Autonomiczny), z rocznym dochodem wynoszącym zaledwie 200 yuanów na głowę, pozostaje nadal regionem bardzo biednym. Rosnąca liczba żebraków bezustannie przypomina o problemach, przed którymi stoją Tybetańczycy. Oto charakterystyczny przykład. Kiedy w 1992 roku, piętnastego dnia sakadała (czwartego miesiąca kalendarza tybetańskiego), ojciec pani Drokji z Sok Dzongu rozdawał lhaskim żebrakom datki po 5 fenów (100 fenów = 1 yuan), rozdał w ten sposób 500 yuanów; ponad połowa żebraków musiała odejść z niczym.

Autorzy białej księgi utrzymują, że chińskie rządy przyniosły narodowi tybetańskiemu dostatek oraz wielkie osiągnięcia społeczne, polityczne i kulturalne. Narzekają przy tym, że rząd i naród chiński ponoszą ogromne koszta „misji cywilizacyjnej” w Tybecie, wspomagając finansowo słabo rozwinięty region. Oficjalne statystyki chińskie mówią, że w drugiej połowie lat osiemdziesiątych subwencje dla Tybetu pochłaniały około biliona yuanów (270 milionów dolarów USA) rocznie. Pekin nie wspomina jednak, że więcej zarabia na Tybecie niż mu daje. Samo tylko drewno na budulec, wywożone z Tybetu — nie wspominając o bogactwach naturalnych, takich jak uran, złoto, srebro, żelazo, miedź, boraks, lit, chromit itd., czy bezcennych dziełach sztuki, wywiezionych do Chin — jest warte znacznie więcej niż pomoc finansowa Chin.

Większa część subwencji przeznaczana jest na utrzymanie chińskich funkcjonariuszy w Tybecie i dotacje dla chińskich osadników, nie przynosi więc niemal żadnych korzyści Tybetańczykom. Staje się to zupełnie jasne, gdy zbada się sposób rozdzielania owych subsydiów. Pod koniec lat siedemdziesiątych i na początku osiem- dziesiątych przeznaczano średnio 128 dolarów amerykańskich na jednego mieszkańca miasta i około 4,5 dolara na mieszkańca terenów wiejskich. W ośrodkach miejskich TRA przeważają chińscy osadnicy i pracownicy, którzy stanowią przytłaczającą większość w głównych miastach, takich jak Lhasa, Njingtri, Gjance, Nagczukha, Ngari, Szigace, Cethang, Czamdo itd. Tybetańczycy mieszkają głównie na wsi. Zatem lwia część subsydiów przeznaczana jest na pomoc dla zamieszkującej miasta ludności chińskiej i związanych z nią instytucji.

Nawet subsydiowane artykuły przeznaczone są raczej dla Chińczyków niż Tybetańczyków. Podstawowym pożywieniem Tybetańczyków jest jęczmień (a właściwie uzyskiwana z niego campa), choć mieszkańcy miast i ludzie bogatsi jedzą również pszenicę i ryż. Subsydiowane są jednak tylko ceny pszenicy i ryżu, które stanowią główne pożywienie chińskich osadników. Do 1985 roku cenę jęczmienia dyktował rynek i wynosiła ona 76 fenów za kilogram. Ryż, skupowany przez rząd po 90 fenów za kilogram, sprzedawano po 40 fenów, a pszenicę, skupowaną po 112-126 fenów za kilogram, sprzedawano za 44-48 fenów. [Program Rozwoju ON, 1986]. Subsydia te czynią więc warunki w TRA atrakcyjnymi dla chińskich osadników, uniemożliwiając mniej zamożnym Tybetańczykom prowadzenie życia, do jakiego byli przyzwyczajeni.

Dużą część chińskiej „pomocy finansowej” przeznacza się na przemysł drzewny i wydobywczy, w którym znajduje zatrudnienie większa część chińskich emigrantów. I drewno, i wydobywane minerały wywożone są do Chin.

Zepchnięci na drugi plan Tybetańczycy nie mają żadnej kontroli nad bogactwami naturalnymi swojego kraju. Weźmy za przykład drogi. Budowano je w Tybecie z myślą o oddziałach wojsk okupacyjnych i ich zaopatrzeniu, chińskich osadnikach i bogactwach naturalnych Tybetu, takich jak drewno i minerały, które wywozi się do Chin. Drogi prowadzą do wszystkich większych miejscowości, omijają jednak olbrzymie obszary Tybetu, na których położone są mniejsze osady. Nowoczesny system transportu nie przynosi więc pożytku większości Tybetańczyków. Do niektórych osad dojeżdżają autobusy, ale ich pasażerami są urzędnicy. Dla Tybetańczyków środkami transportu pozostają konie, muły, jaki, osły i owce oraz ciężarówki, wożące towary dla chińskiej administracji.

Chiński model rozwoju służyć ma raczej kontrolowaniu gospodarki tybetańskiej niż pobudzaniu przedsiębiorczości i produkcji. Tworzy się błędne koło — lokalne zapotrzebowanie na różne artykuły zaspokajają przedsiębiorstwa państwowe, znajdujące się w Chinach. Uzyskiwane przez nie dochody reinwestuje się w postaci subwencji, stwarzając w ten sposób warunki do dalszej eksploatacji bogactw naturalnych, które są niezbędne chińskim przedsiębiorstwom. W świetle tych doświadczeń obecne otwarcie gospodarki Tybetu na inwestycje zagraniczne traktować należy jako posunięcie taktyczne, mające przyspieszyć napływ ludności chińskiej i eksploatację bogactw naturalnych Tybetu w interesie mocarstwa kolonialnego.

W ostatecznym rozrachunku, nie jest jednak istotne, kto będzie wistanie zbudować więcej fabryk czy uzyskać wyższy produkt narodowy brutto. Żaden obcy rząd, niezależnie od tego, jak nowoczesny i efektywny, nie ma prawa narzucać swojej władzy.

 

Dyskryminacja w sferze opieki zdrowotnej

Służba zdrowia jest nie tylko nastawiona przede wszystkim na miasta, ale służy lepiej bogatym niż biednym. Zaledwie 10 proc. nakładów na opiekę zdrowotną trafia do regionów wiejskich, natomiast 90 proc. — do miast, w których mieszkają głównie chińscy osadnicy i gdzie znajduje się większość szpitali. Opieka zdrowotna, nawet jeśli jest dostępna, pozostaje dla większości Tybetańczyków zbyt droga. Przy przyjęciu do szpitala należy wpłacić depozyt w wysokości 300 i 500 yuanów (80 i 133 dolary USA) – sumę ogromną w kraju, gdzie roczny dochód na jednego mieszkańca wynosi 200 yuanów. Zabiegi chirurgiczne i transfuzje krwi zastrzeżone są dla tych, którzy mogą zapłacić. Przeciętnie, Tybetańczycy są znacznie ubożsi niż Chińczycy.

Chińczycy twierdzą, że w TRA pracuje 3.700 lekarzy. Jednak większości brakuje kwalifikacji — nie udało im się zdać egzaminów w Chinach bądź zdali je bardzo słabo i nie mają szans na znalezienie tam pracy. Niektórzy zdobywali wykształcenie w samym TRA — na trzyletnich kursach przygotowawczych. W klinikach okręgowych, prowadzonych przez niewykwalifikowanych lekarzy, personel kształci się przez półtora roku — głównie po to, by zapewnić pracę dzieciom i krewnym chińskich urzędników.

Według licznych raportów, chińscy lekarze i personel szpitali często traktują tybetańskich pacjentów jak króliki doświadczalne. Na porządku dziennym jest wysyłanie absolwentów chińskich szkół medycznych do Tybetu, gdzie powierza się im tybetańskich pacjentów, których mogą leczyć wedle własnego uznania. Wielu Tybetańczyków skarży się, że w szpitalach przeprowadzano na nich badania, często nawet operacje, nie mające żadnego związku z chorobą, na którą cierpieli.

Oto kilka przykładów: W sierpniu 1987 roku Kelsang (z Markham) i jego żona Joudon przywieźli swoją dwudziestojednoletnią córkę, która była w trzecim miesiącu ciąży, na badania do „Szpitala TRA nr 2” (nazywanego wówczas „Szpitalem Robotniczym”). Chiński lekarz przeprowadził na niej najwyraźniej niepotrzebną operację. Po dwóch godzinach pacjentka zmarła, krzycząc z bólu.

W tym samym okresie Migmar, robotnik z lhaskiej elektrowni, przyprowadził do szpitala w Lhasie swoją dwudziestopięcioletnią żonę na poród. Matka i dziecko zmarły po nieudanej operacji cesarskiego cięcia. Kiedy ćwiartowano zwłoki podczas tzw. „pogrzebu przez powietrze” [szczątki zmarłego ofiarowuje się ptakom], w ciele kobiety znaleziono parę nożyczek. W więzieniach przypadki podobnych zgonów są na porządku dziennym. Nauczyciel ostatniego Panczenlamy, Ngulczu Rinpocze, i Tethong Czi Dzigme zmarli w więzieniu Sangjip po wstrzyknięciu im jakiejś substancji. W więzieniu Drapczi zmarł zupełnie zdrowy Sonam Bhagdro, któremu, po przesłuchaniu połączonym z okrutnymi torturami, dano jakiś zastrzyk. Ostatnio, tzn. po roku 1987, wielu Tybetańczyków, m.in. Lhakpa Cering, Camla i Metok Czoezed, zmarło w podobnych okolicznościach wskutek „leczenia”.

Skutkiem słabej opieki zdrowotnej i niskiego poziomu higieny publicznej jest wysoka śmiertelność Tybetańczyków. Według raportów Banku światowego (1984) i Programu Rozwoju ONZ (1991) w 1981 roku współczynnik zgonów wynosił w TRA 7,48, w Amdo 9,92 w Chinach zaś 6,6. Umieralność dzieci jest również bardzo wysoka: 150 na 1.000 (w Chinach — 43). Według Banku Światowego, współczynnik zachorowalności na gruźlicę wynosi 120,2 na 1.000 w TRA i 647 na 1.000 w Amdo.

Statystyki przeciętnej długości życia w Tybecie są bardzo różne i nierzetelne. Dane Banku światowego mówią o 61 latach w TRA i Amdo (w Chinach 70) w roku 1990, zaś dane Programu Rozwoju ONZ (1991) o 47 latach w roku 1960. Niezależne źródło, korzystające z danych chińskich, ocenia średnią długość życia Tybetańczyków na zaledwie 40 lat.

 

Dyskryminacja w sferze edukacji

Trzy dekady polityki edukacyjnej ChRL w Tybecie najlepiej podsumował Panczenlama na forum Chińskiego Instytutu Tybetologii (1988):

„Kraj, który był samodzielny od VII wieku, a więc przez 1300 lat, stracił po wyzwoleniu własny język. Niezależnie od tego, czy byliśmy zacofani i czy popełnialiśmy błędy, potrafiliśmy żyć na najwyższym płaskowyżu świata, posługując się językiem tybetańskim. Całą wiedzę, dotyczącą buddyzmu, rzemiosła, astronomii, astrologii, poetyki, logiki itd. spisywaliśmy we własnym języku. Zarządzaliśmy tym krajem, posługując się językiem tybetańskim. Kiedy założono Instytut Tybetologii, przemawiając w Pałacu Ludowym, powiedziałem, że badania związane z Tybetem należy oprzeć na fundamencie religii i kultury Tybetu. Jak dotąd, w ogóle ich nie docenialiśmy. Zagłada kultury tybetańskiej może nie być celem partii — chciałbym jednak wiedzieć, czy język tybetański przetrwa, czy też zostanie wykorzeniony”.

W niepodległym Tybecie ponad 6.000 klasztorów pełniło rolę szkół i uniwersytetów, zaspokajając potrzeby kraju. Poza tym istniało wiele szkół świeckich, prowadzonych przez rząd i osoby prywatne. Władze chińskie uznały te szkoły za źródło ślepej wiary i feudalnego wyzysku. Chińczycy zmusili więc tybetańskich chłopów i koczowników do zakładania, w miejsce klasztorów, niezależnych finansowo „szkół ludowych”. Władze nie przeznaczyły na ten cel ani grosza.

Szkoły te poprawiają chińskie statystyki i służą celom propagandowym. Większość statystyk dotyczących szkolnictwa fałszuje dane. Chiny twierdzą, że otworzyły w Tybecie około 2.500 szkół podstawowych. Niemniej większości owych szkół nie sposób uznać za szkoły. Lwia część nauczycieli nie była w stanie uczyć nawet podstaw języka tybetańskiego. Dzieci, naturalnie, nie chciały się w nich uczyć. Większość szkół ludowych przestała praktycznie istnieć.

W artykule opublikowanym w chińskim periodyku [Tibet Review, Nr 2, 1986] trzech chińskich socjologów stwierdza:

„W TRA istnieje zaledwie 58 szkół średnich. Tylko 13 z nich można uznać za szkoły średnie w pełnym znaczeniu tego słowa. Spośród 2.450 szkół podstawowych tylko 451 finansuje państwo, resztę finansuje ludność. W szkołach tych brakuje podstawowego wyposażenia. Poziom edukacji jest niezwykle niski lub wręcz zerowy. O jakimkolwiek poziomie naukowym nie może być w ogóle mowy. Obecnie 90 proc. rolników i pasterzy nie otrzymuje niższego wykształcenia średniego. W takiej sytuacji mówienie o wykształceniu wyższym czy uniwersyteckim przypomina namawianie do dobrego odżywiania ludzi, którym brakuje nawet ziarna. Zaledwie 45 proc. dzieci w wieku szkolnym uczęszcza do szkół podstawowych. Tylko 10,6 proc. spośród nich udaje się przejść do niższej szkoły średniej. Innymi słowy, 55 proc. dzieci nie uzyskuje nawet wykształcenia podstawowego. W całym TRA jest ponad 9.000 nauczycieli szkół wszystkich stopni — potrzeba ich znacznie więcej. Połowie z nich brak odpowiednich kwalifikacji. Narodowości staną się naprawdę równe dopiero wówczas, gdy zreformuje się i polepszy system edukacji”.

W latach 1959-1966 rząd chiński, by wzmocnić swą władzę w Tybecie, przeprowadził wiele tzw. „kampanii kontroli myśli”. Wykształceni Tybetańczycy — lamowie, opaci klasztorów, gesze [doktorzy filozofii buddyjskiej] i ludzie świeccy — trafili do więzień i obozów pracy. Podczas gdy wykwalifikowani nauczyciele ginęli w więzieniach, szkoły prowadzili nauczyciele niewykwalifikowani.

Rząd chiński poinformował członków trzeciej delegacji Tybetańskiego Rządu Emigracyjnego, że w Tybecie istnieje 2.511 szkół. Pani Dziecun Pema, przewodnicząca delegacji, stwierdza:

We wszystkich miejscowościach, które odwiedziliśmy, niezwykle trudno było zorganizować wizytę w szkole. „Szkoła jest zamknięta z powodu letnich wakacji, dyrektor wyjechał, dzieci wyszły na obiad (o 10.00 rano)”, słyszeliśmy. Po wysłuchaniu jednej z takich odpowiedzi delegaci zajrzeli do klas i zobaczyli, że, od podłogi do sufitu, zawalone są drewnem. Innym razem, odwiedzając wiejską szkołę, która mieściła się w namiocie, delegaci unieśli „podłogę” i ujrzeli pod nią zieloną trawę.

John Billington, dyrektor ds. programu nauczania w Repton School w Anglii, podróżował po Tybecie w 1988 roku. Potem napisał:

„W wioskach widzi się wiele dzieci pracujących na polach: ścinają trawę, pasą owce, zbierają nawóz jaków, sprzątają stajnie itd. Dowiedziałem się, że w większości przypadków nie chodzą do szkół tylko dlatego, że szkoły nie ma. Ze smutkiem słuchałem starszych ludzi, którzy mówili, że niegdyś były tu szkoły przyklasztorne, których po zniszczeniu klasztorów nie zastąpiono nowymi. Z dala od bitych traktów spotykałem starych koczowników, którzy umieli czytać i pisać — często myślałem wtedy o ich wnukach, które za sprawą Chińczyków są analfabetami”.

Kto odnosi korzyści z systemu edukacyjnego w Tybecie? Rząd chiński utrzymuje w swej białej księdze, że na poprawę poziomu edukacji w Tybecie przeznaczono 1,1 miliarda yuanów. Niezależnie od tego, czy jest to twierdzenie prawdziwe, z całą pewnością beneficjentami tych dotacji jest przede wszystkim chińska młodzież mieszkająca w Tybecie. 30-50 proc. nakładów na edukację w TRA trafia do Uniwersytetu Tybetańskiego w chińskim mieście Shenyang. Większa część chińskiego personelu owego uniwersytetu to byli żołnierze 18 Armii, która zdobywała Tybet. Studentami są tu głównie dzieci i krewni chińskich urzędników.

W Tybecie najlepsze szkoły znajdują się w Lhasie, Szigace, Gjangce, Czamdo, Sillingu, Kjigudo, Darcedo i Deczenie. Uczęszczają do nich dzieci chińskich urzędników. W tych, finansowanych przez rząd chiński, szkołach wprowadzono podział na klasy dla uczniów chińskich i tybetańskich. Najlepsi nauczyciele prowadzą zajęcia z klasami chińskimi. Są tu również dwie stołówki — „stołówka dla jedzących campę” i „stołówka dla jedzących ryż”. Pożywienie w chińskiej „stołówce dla jedzących ryż” jest znacznie lepsze.

Pewną liczbę miejsc na uniwersytetach oficjalnie przeznacza się dla studentów tybetańskich, a związane z tym koszta stanowią część budżetu tybetańskiego wydziału edukacji. Niemniej większość owych miejsc przypada studentom chińskim. Aby dostać się na uniwersytet, trzeba zdać egzamin konkursowy po ukończeniu tzw. wyższej szkoły średniej. Ponieważ egzaminy prowadzi się w języku chińskim, uczniowie tybetańscy przegrywają z chińskimi. Coraz częściej chińscy uczniowie, którzy nie dostali się na uniwersytety w swojej ojczyźnie, jadą do Tybetu, by zdawać tu kolejny egzamin. Ponieważ poziom edukacji w Tybecie jest znacznie niższy niż w Chinach, uczniowie ci łatwo pokonują Tybetańczyków i zajmują ich miejsca na uniwersytetach.

Pierwsza australijska delegacja, zajmująca się przestrzeganiem praw człowieka w Chinach, napisała w swoim raporcie:

Delegaci odnieśli wrażenie, że władze rzeczywiście pragną podnieść poziom edukacji Tybetańczyków, niemniej wiele dzieci tybetańskich nadal nie ma żadnego formalnego wykształcenia. Tybetańskie dzieci w Lhasie zdają się mieć dostęp do bardzo ograniczonego programu podstawowego i dodatkowego. Niektóre dzieci, z którymi rozmawialiśmy, nigdy nie były w szkole lub musiały ją opuścić ze względów finansowych już w wieku dziesięciu lat.

W petycji, przedłożonej władzom chińskim 20 lutego 1986 roku, Taszi Cering, nauczyciel angielskiego z Uniwersytetu Tybetańskiego w Lhasie, napisał:

„W 1979 roku 600 studentów z Tybetańskiego Regionu Autonomicznego zdobywało wykształcenie uniwersyteckie w Tybecie i w Chinach. Tylko 60 z nich było Tybetańczykami. W 1984 roku na listach trzech wyższych szkół Tybetu znalazło się 1.984 uczniów, spośród których Tybetańczykami było tylko 666. Witym samym roku na studia uniwersyteckie wysłano 250 studentów z Tybetu — w tym zaledwie 60-70 Tybetańczyków. […] Lwią część rządowych nakładów na edukację tybetańską przeznacza się na uczniów chińskich. 70 proc. Tybetańczyków jest dziś analfabetami.

12 z 28 klas lhaskiej Szkoły średniej nr 1 to klasy dla Tybetańczyków. […] Uczy się w niej 1.451 osób — 933 Tybetańczyków i 518 Chińczyków. Chińczycy nie uczą się tybetańskiego, ale nie uczy się go również 387 Tybetańczyków. Tylko 546 Tybetańczyków uczy się swego języka. Na 111 nauczycieli tylko 30 jest Tybetańczykami, a tybetańskiego uczy zaledwie siedmiu. Mówiono mi że, najlepsi nauczyciele uczą klasy chińskie, zaś nauczyciele niewykwalifikowani — klasy tybetańskie”.

W lhaskiej Szkole Podstawowej nr 1 są 34 klasy (po 17 tybetańskich i chińskich) dla 1000 uczniów tybetańskich i 900 chińskich. 200 Tybetańczyków nie uczy się tybetańskiego. Tylko 18 spośród 136 nauczycieli uczy tybetańskiego. […] Wiele szkół wiejskich zamknięto po dekolektywizacji ziemi i stąd — brakuje tu albo uczniów, albo nauczycieli.

W Tybetańskim Uniwersytecie w Lhasie studiuje 413 Tybetańczyków i 258 Chińczyków. 251 Tybetańczyków studiuje język i literaturę tybetańską, 27 — medycynę tybetańską. Tylko 135 studentów tybetańskich studiuje przedmioty współczesne. […] Wydziały tybetańskie nazywa się powszechnie „wydziałami manipulacji politycznej”, ponieważ władze, rezerwując 60 proc. miejsc dla Tybetańczyków i 40 proc. dla Chińczyków, wysyłają większość studentów tybetańskich na dwa wspomniane wydziały, przeznaczając miejsca na wydziałach współczesnych dla Chińczyków. […] Na wydziale anglistyki studiuje dwóch Tybetańczyków i 14 Chińczyków.

W roku 1966 rozpoczęto powszechną sinizację. Język tybetański uznano za język religii i zakazano jego nauczania. W latach sześćdziesiątych wszystkim wykwalifikowanym nauczycielom — mnichom, mniszkom i świeckim — polecono zrezygnować z pracy. Podręczniki do nauki języka i gramatyki tybetańskiej uznano za „księgi ślepej wiary” i wycofano za szkół. Na ich miejsce wprowadzono do programów szkolnych myśli Mao Zedonga i gazety. Dzieci uczono, że tybetańska religia to „ślepa wiara”, a tybetańskie obyczaje to „stare, naiwne myślenie”, że tybetański język jest „bezużyteczny i zacofany”, a tybetańskie społeczeństwo — „niezwykle zacofane, dzikie i oparte na wyzysku”. Tych, którzy zgadzali się z Chińczykami, nazywano postępowymi, tych zaś, którzy zgodzić się z nimi nie chcieli — kontrrewolucjonistami, reakcją lub wrogami klasowymi. Wychowano pokolenie dzieci tybetańskich, które nie wiedziały nic o własnej kulturze, historii i obyczajach.

Tybetańskie nazwy domów, ulic i miejsc zastąpiono nazwami chińskimi o marksistowskich konotacjach. Wielu Tybetańczyków musiało zmienić nazwiska. Norbulingka, letnia rezydencja Dalaj- lamów, otrzymała chińską nazwę „publiczny park ludowy”. Język tybetański rozmyślnie zanieczyszczano chińskimi słowami i zwrotami.

W książce Specjalne opracowanie o narodowościach tybetańskich: 1965-1985, chiński urzędnik z TRA wypowiadał się krytycznie o polityce władz chińskich wobec posługiwania się językiem tybetańskim i nauczania go w Tybecie:

Jest coraz mniej nauczycieli języka tybetańskiego i wykwalifikowanych tłumaczy. W rezultacie, coraz trudniej wydawać oficjalne dokumenty w obu językach: chińskim i tybetańskim. Wielu urzędników tybetańskich nie potrafi czytać i pisać po tybetańsku. Nie są również w stanie zapoznawać mas z polityką partii.

Sangaj, młodszy wykładowca Uniwersytetu Qinghai, napisał w książce opublikowanej przez Chiński Instytut Tybetologii (1991):

Pewna grupa ludzi uważa, że posługiwanie się językiem tybetańskim stanie się przeszkodą dla rozwoju gospodarczego. […] Władze lokalne zdecydowały, że należy nauczać i używać jedynie języka chińskiego. […] Ta polityka obowiązywała przez wiele lat. Rezultat: ludzie nie potrafią pisać ani po tybetańsku, ani po chińsku. I nadal trwa stagnacja gospodarcza.

Władze chińskie są przeciwne rozwojowi infrastruktury edukacyjnej Tybetu. Od 1985 roku podejmuje się pewne kroki, by zapewnić Tybetańczykom wyższe wykształcenie. Polegają one jednak głównie na zwiększaniu liczby uczniów, wysyłanych do chińskich szkół i uniwersytetów. Najzdolniejsze dzieci tybetańskie zabiera się ze szkół tybetańskich i wysyła do Chin. Oburza to Tybetańczyków, którzy słusznie uważają, że polityka ta ma służyć odcinaniu młodzieży tybetańskiej od jej kulturowych korzeni.

Catriona Bass, która uczyła angielskiego w Lhasie w 1985 roku, stwierdza:

W tym czasie studiowało w Chinach około 4.000 Tybetańczyków. Niewątpliwie skorzystali pod względem naukowym. Biorąc pod uwagę bardzo skromne warunki w Tybecie, na krótką metę może to być sposób na kształcenie Tybetańczyków. Tyle że politykę tę prowadzono już w latach pięćdziesiątych. Teraz, zamiast zmniejszyć liczbę młodzieży wysyłanej do Chin i inwestować w Tybet, władze ogłosiły plany wysłania do Chin 10.000 uczniów do roku 1993. Dla wielu Tybetańczyków, z którymi mieliśmy kontakt, polityka ta stanowi największe zagrożenie dla tybetańskiej tożsamości kulturowej. Rosnąca liczba młodych ludzi, którzy, wracając do Tybetu nie wiedzą nic o jego tradycjach, czy wręcz nimi gardzą, jest dla wielu wyrazem polityki rządu, dążącego do zniszczenia od wewnątrz wartości kulturowych Tybetu.

 

Osiągnięcia społeczności emigracyjnej

Chiny utrzymują, że ich obecność w Tybecie jest uzasadniona pomocą, jaką niosą zacofanym cywilizacyjnie, kulturowo i gospodarczo Tybetańczykom. Jednak zostawieni samym sobie, Tybetańczycy potrafią dbać o swoje sprawy. Najlepszym tego dowodem jest doskonale rozwijająca się tybetańska społeczność emigracyjna.

Tybetański Rząd Emigracyjny, rząd Indii i międzynarodowe organizacje pomocy zainwestowały od roku 1959 ponad 1,5 miliarda rupii indyjskich w oświatę uchodźców tybetańskich. Tybetański Rząd Emigracyjny przeznacza 65 proc. swojego rocznego budżetu na kształcenie dzieci (nie obejmuje to nakładów na edukację klasztorną).

W nowo powstałych klasztorach tybetańskich w Indiach, Nepalu i Bhutanie przebywa obecnie około 11.000 mnichów i mniszek. W Indiach założono też wiele wyspecjalizowanych instytucji, by ocalić zagrożoną dziś kulturę tybetańską. Centralny Instytut Wyż- szych Studiów Tybetańskich w Bennares w stanie Uttar Pradesh zapewnia tradycyjne i nowoczesne wykształcenie Tybetańczykom i studentom z buddyjskich regionów Himalajów. Wielu absolwentów tej uczelni pracuje w różnych szkołach tybetańskich wszystkich szczebli i w ponad 700 ośrodkach religijnych i kulturalnych na całym świecie. W indyjskim stanie Himachal Pradesh powstał centralny ośrodek bonu, pierwotnej religii Tybetu.

Tybetański Instytut Medyczny i Astrologiczny w Dharamsali świadczy tradycyjne usługi medyczne pacjentom z całego świata i kształci tybetańskich lekarzy. Wielu absolwentów Instytutu pracuje w różnych osiedlach tybetańskich w Nepalu, Indiach i Bhutanie oraz w klinikach w innych krajach.

W Bibliotece Tybetańskich Dzieł i Archiwów (BTDA) w Dharamsali i w Tibet House w New Delhi zagraniczni studenci poznają język, historię i kulturę Tybetu. BTDA jest jednym z najważniejszych ośrodków studiów tybetologicznych na świecie. Z jej pomocy skorzystało już około 5.000 badaczy i studentów z ponad 30 państw.

Tybetański Instytut Sztuki w Dharamsali zajmuje się ochroną dziedzictwa kulturalnego Tybetu, a zwłaszcza tradycyjnej opery, pieśni i utworów muzycznych. Organizował występy zespołów tybetańskich, które zdobyły sobie uznanie na całym świecie. Wykształcił również wielu nauczycieli, którzy pracują obecnie w tybetańskich szkołach w Indiach, Nepalu i Bhutanie.

Tybetańska Oficyna Wydawnicza w Dharamsali i inne tybetańskie ośrodki drukują teksty, należące do kanonu nauk buddyjskich, Kandżuru i Tandżuru, oraz wydają tysiące innych dzieł i rękopisów tybetańskich.

W 84 tybetańskich szkołach wszystkich szczebli w Indiach, Nepalu i Bhutanie uczy się obecnie ponad 26.000 osób. W siedemnastu z nich mieszkają wszyscy uczniowie, siedem kolejnych szkół dysponuje własnymi internatami. Istnieje również 55 ośrodków przedszkolnych. Ze statystyk Rady Planowania rządu tybetańskiego w Dharamsali wynika, że około 92 proc. dzieci w wieku od lat 6 do 17 uczęszcza do szkół — w tym 84 proc. do szkół tybetańskich. W szkołach tych uczy 1.280 nauczycieli (średnio jeden na dwudziestu uczniów). Nauka jest bezpłatna. Najzdolniejsi uczniowie otrzymują stypendia, by móc uzyskać stopień naukowy lub ukończyć wybrany kurs; inni zdobywają wykształcenie zawodowe.

Do 1992 roku 3.000 studentów-emigrantów zdobyło wykształcenie uniwersyteckie. Rokrocznie 400-500 uczniów uzyskuje wykształcenie średnie; 200-250 z nich rozpoczyna studia uniwersyteckie w Indiach i w innych państwach. Społeczność emigracyjna ma dziś swoich lekarzy medycyny, administratorów, doktorów, inżynierów, nauczycieli po studiach podyplomowych, dziennikarzy, pracowników socjalnych, prawników, programistów komputerowych itd. Absolwenci uniwersytetów pracują w rządzie emigracyjnym i w innych instytucjach. 99 proc. urzędników rządowych uzyskało wykształcenie w Indiach. Tysiące młodych Tybetańczyków wyruszały i nadal wyruszają w niebezpieczną podróż z okupowanego Tybetu przez Himalaje do Indii, które są dla nich, i dla ich rodzin, jedyną nadzieją na wolne i dające przyszłość wykształcenie.

W raporcie pierwszej delegacji australijskiej, która badała przestrzeganie praw człowieka w Chinach, czytamy:

„Młodzi ludzie, którzy pragną się uczyć, widzą swoją jedyną szansę w próbie przedostania się do osiedli tybetańskich w Indiach, gdzie, jak mówią, niezależnie od innych trudności, przynajmniej edukacja jest dostępna dla wszystkich”.

Od 1979 roku około 5.000 mnichów i mniszek uciekło do Indii, by kontynuować tu studia religijne. Do różnych szkół tybetańskich w Indiach przyjęto ponad 3.000 nowych uchodźców w wieku od 5 do 14 lat i ponad 1000 w wieku 15-25 lat. Gdyby Chińczycy mówili prawdę, ci młodzi ludzie nie mieliby żadnych powodów, by opuszczać swoją ojczyznę i rodziców i uciekać do Indii.