Wang Lixiong: Dalajlama kluczem do rozwiązania kwestii Tybetu

Z pozoru wydawać się może, iż problem Tybetu ma charakter historyczny i bierze się z faktu, że w 1959 roku uciekł do Indii Dalajlama oraz ponad sto tysięcy Tybetańczyków. Niemniej jednak prawdziwy problem tkwi w kraju, a nie poza jego granicami. Gdyby wywoływali go tylko uchodźcy, nie stanowiłby dla Chin zagrożenia. Społeczność międzynarodowa często mówi władzom chińskim, że jeśli szybko nie uporają się z tą kwestią, tybetańska diaspora sięgnie w końcu po przemoc. Dla Pekinu, który posiada najliczniejszą armię na świecie, nie jest to jednak żadne niebezpieczeństwo.

Rząd ChRL nie patrzy na ten problem przez palce dlatego, że w Tybecie żyje ponad dziesięć razy więcej Tybetańczyków niż na wychodźstwie. Region, który zamieszkują, stanowi czwartą część powierzchni Chin. Nie wiadomo, czy życzą sobie chińskiej kontroli, czy raczej widzą w Chinach wroga; czy będą powiewać szturmówkami, czy też pewnego dnia ruszą do ataku. To właśnie, z perspektywy Pekinu, prawdziwy problem Tybetu. Kwestia narodowości sprowadza się do tego, w jaki sposób je sobie zjednać. Gdyby, jak się utrzymuje, Tybetańczycy, którzy mieszkają w swojej ojczyźnie, byli faktycznie „lojalni wobec partii komunistycznej” i „kochali wielką socjalistyczną rodzinę”, Pekin w ogóle nie zawracałby sobie głowy tybetańskimi uchodźcami. Gdyby diaspora nie otrzymywała moralnego wsparcia z Tybetu, to, na tej samej zasadzie, szybko pokryłby ją mrok niepamięci.

Rząd centralny, ma się rozumieć, cieszyłby się z takiego scenariusza. Identyczną strategię zastosował wobec Chińczyków, którzy uciekli z kraju po wydarzeniu „Sześć Cztery”1 – odseparowując uchodźców od ich rodaków w ojczyźnie. Ta taktyka okazała się całkiem skuteczna. Niestety dla Pekinu problem Tybetu jest zupełnie inny. Za sprawą jednego człowieka – Dalajlamy. Nie da się go zignorować ani łatwo wymazać z pamięci. Jest istotą życia Tybetańczyków i ich związków z Buddą. W obliczu takiego Buddy doczesna władza, armia i polityka nie są rozstrzygające.

 

Sprzeczności między umysłem a rozwojem

Od czasu Deng Xiaopinga klucz do rozwiązania problemu leży w rozwoju gospodarczym. „Sprawą dla nas najważniejszą – orzekł Deng – jest zadbać o interesy Tybetańczyków i szybko wprowadzić Tybet na drogę rozwoju, stawiając go w czołówce czterech modernizacji Chin”.

Chen Kuiyuan, który niemal dziesięć lat piastował stanowisko pierwszego sekretarza Komunistycznej Partii Chin (a więc sprawował władzę najwyższą) w Tybetańskim Regionie Autonomicznym, powiedział: „Komitet Centralny KPCh i Rada Państwa wezwały naród chiński do wspierania szybkiego rozwoju Tybetu oraz pomagania Tybetańczykom w wyzwalaniu się z nędzy i bogaceniu. To najbardziej realistyczna i konkretna polityka partii wobec narodowości”.

W ciągu ostatnich dwudziestu lat Chiny traktowały gospodarkę Tybetu w sposób uprzywilejowany. W 1997 roku wpompowano tu, na przykład, trzysta dwadzieścia razy razy więcej środków niż w roku 1952 (i siedem razy więcej niż w 1978). Pekin jest dziś źródłem dochodów z niemal wszystkich przedsięwzięć w Tybetańskim Regionie Autonomicznym. Bez ekonomicznych więzi ze stolicą trudno byłoby utrzymać społeczeństwo tybetańskie – w każdym razie miasta – nawet kilka dni.

W 1997 roku rząd centralny zaplanował budżet TRA na 3.300.009.776 yuanów. W tym samym roku dochody Tybetu wynosiły 200.009.537, a jego wydatki 3.800.001.952 yuany. Bez pomocy finansowej Pekinu deficyt TRA byłby trzynaście razy wyższy od wpływów. Jeśli spojrzymy na to przez pryzmat populacji, okaże się, że rząd centralny dał każdemu Tybetańczykowi średnio 1.410 yuanów. W tym czasie niższe były statystyczne dochody mieszkańców wsi w co najmniej pięciu chińskich prowincjach (Gansu, Shanxi, Guizhou, Yunnan i Qinghai). Innymi słowy, roczny dochód2 Tybetańczyków – bez kiwnięcia palcem – przerósł dochody milionów pracujących okrągły rok chłopów z wymienionych prowincji. W dwudziestą rocznicę utworzenia TRA (1985) Pekin podarował Tybetowi czterdzieści trzy, a dziesięć lat później sześćdziesiąt dwa „projekty budowlane”. Łączny koszt owych przedsięwzięć sięgał pięćdziesięciu miliardów yuanów. Prowincje i miasta Chin wewnętrznych (dziesięć od 1994 roku) zobowiązano do długofalowego wspierania rozbudowy Tybetu bez żadnych rekompensat. Pomocy tej udzielano zupełnie za darmo. W całych Chinach z podatków zwolniono tylko chłopów i koczowników z Tybetańskiego Regionu Autonomicznego. Choć w miastach podatki się płaci, są one przeznaczane w całości na Tybet. Uprzywilejowanie to wywołuje ogromną zazdrość w innych regionach Chin. Dzięki owym preferencjom w latach dziewięćdziesiątych gospodarka TRA rozwijała się rokrocznie średnio o dziesięć procent, przewyższając średnią krajową. W latach 1991-97 średni dochód mieszkańców miast wzrósł tu o 19,6, a chłopów i koczowników o 9,3 procent. I nie są to tylko statystyki – każdy, kto podróżował po Tybecie, potwierdzi znaczący wzrost stopy życiowej. W wioskach i miastach wyrastają nowe budynki. W Lhasie i innych ośrodkach zaszły ogromne zmiany. Odkładając na bok krytykę kulturową, jeśli idzie o infrastrukturę i zadowolenie [społeczne], warunki w Tybecie są dziś takie, jak w Chinach środkowych. Pod względem rozwoju i stopy życiowej nigdy jeszcze nie było tu tak dobrze. Zgodzi się z tym większość Tybetańczyków.

Mimo to nie ziściły się nadzieje Pekinu na zdobycie zaufania Tybetańczyków. Przeciwnie, coraz bardziej skłaniają się oni ku Dalajlamie, który nie dał im nawet grosza. Wystarczy wejść do świątyni buddyjskiej lub stanąć obok pielgrzymów na Barkhorze, by usłyszeć zanoszone doń modlitwy. Jeśli przyjąć, że Pekin i on stoją po przeciwnych stronach barykady, to większość Tybetańczyków niewątpliwie popiera Dalajlamę. Weźmy sprawę reinkarnacji Panczenlamy. Większość Tybetańczyków nie uznaje chłopca mianowanego przez Chiny, tylko tego, którego wskazał Dalajlama. Popularność Karmapy, wysokiego lamy szkoły kagju, w czasie, gdy widziano w nim przedstawiciela pekińskiego frontu jedności, jest niczym w porównaniu z mirem, jakim zaczęto go darzyć po ucieczce do Dalajlamy. Dawniej litanie do Karmapy intonowano tylko w klasztorach kagju. Kiedy zbiegł, zaczął się doń modlić cały Tybet. Konfrontacja między Karmapą a władzami chińskimi uczyniła z przywódcy jednej linii3 postać, którą wielbią wszystkie szkoły buddyzmu tybetańskiego. Jednocześnie Tybetańczycy widzą w nim kogoś, kto będzie kontynuował pracę Dalajlamy, gdy zabraknie tego ostatniego.

Karmapa przedłożył wygnanie nad proponowaną mu przez Pekin świetlaną karierę. Podobnego wyboru dokonuje wielu Tybetańczyków. „W ostatnich latach liczni urzędnicy, dziennikarze, znani aktorzy, biznesmeni itd. zwracali się przeciwko macierzy, uciekając do innych państw – mówił Chen Kuiyuan. – Niektórzy jawnie przyłączają się do kliki Dalaja. Inni wstępują na służbę sił zachodnich, dla których Chiny są wrogiem. Szkoliliśmy ich na elity naszego społeczeństwa, a oni zajmują teraz kluczowe stanowiska w grupach separatystycznych, które aktywnie występują przeciwko jedności Chin, partii komunistycznej i narodowi chińskiemu”.

Ponadto tysiące Tybetańczyków ryzykują życiem, by przekroczyć łańcuch Himalajów i, idąc w ślady Dalajlamy, dotrzeć do Indii. Wielu członków partii (w tym najwyżsi aparatczycy) pochodzenia tybetańskiego natychmiast po przejściu na emeryturę zaczyna praktykować rytuały buddyjskie. Co więcej, młodzież, którą wysyła się do Chin po komunistyczną edukację, wybiera nacjonalizm i przystępuje do opozycji.

Znam Tybetańczyka, który na początku lat pięćdziesiątych dosłownie zakochał się w Komunistycznej Partii Chin. Był tak żarliwy, że gdy szedł orać pole, przywiązywał do rogów wołu czerwony sztandar z pięcioma gwiazdami. Zapraszał do domu chłopów pańszczyźnianych i prawił im o rewolucji. Sąsiedzi zaczęli go przezywać „Gjami” (tyb. Chińczyk). Ale nawet tego człowieka zaliczono w poczet nacjonalistów i, na polecenie władz, poddano krytyce. O czym świadczy ta dramatyczna zmiana? Jej przyczyn z całą pewnością nie należy szukać w stopie życiowej. Temu człowiekowi wiedzie się zupełnie nieźle, ma duży, nowoczesny dom; dzieci robią kariery w Tybecie. Kiedy rozmowa schodzi na politykę, wpada jednak w złość i przygnębienie.

Dał mi radę. Nie zakładaj, powiedział, że sytuacja jest dziś bardziej stabilna niż w okresie rozruchów z lat osiemdziesiątych. Wtedy na czele wichrzycieli stali mnisi i podjudzana młodzież. Dziś w opozycji są urzędnicy, intelektualiści i robotnicy. Obecna stabilizacja jest iluzoryczna. Kiedy sytuacja zacznie wymykać się spod kontroli, na ulice wyjdzie znacznie więcej ludzi niż w latach osiemdziesiątych.

 

Kampania przeciwko Dalajlamie

Dlaczego Pekin nie zdołał zjednać sobie zaufania, pompując w Tybet takie pieniądze? Moim zdaniem, najważniejsza przyczyna leży w tym, że uważa Dalajlamę za wroga. Ten jednak nie jest zwykłą osobą prywatną. Reprezentuje instytucję, która pojawiła się na scenie historii przed ponad pięciuset laty, i wszystkich poprzednich dalajlamów. Ustawiając się w roli wroga jednego z nich, stajesz się, wedle tybetańskiej doktryny reinkarnacji, wrogiem wszystkich. A także tybetańskiej religii i narodu tybetańskiego. Dlatego też pieniądze, niezależnie od kwoty, nie zdadzą się tu na nic.

W latach osiemdziesiątych Pekin starał się przeciągnąć Dalajlamę na swoją stronę. Utworzono specjalny komitet roboczy, który miał przygotować powrót kliki Dalaja i uchodźców tybetańskich. W tym celu powołano wręcz cały departament. Nie osiągnięto żadnych rezultatów, gdyż obie strony dzieliła wówczas przepaść. Władze chińskie ogłosiły, że przywrócą Dalajlamie tytuły „wiceprzewodniczącego Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych” oraz „wiceprzewodniczącego Ogólnochińskiej Ludowej Politycznej Konferencji Konsultatywnej”, zapowiadając jednak, że nie zezwolą mu na powrót do Tybetu i piastowanie tam żadnych funkcji. Dalajlama zabiegał natomiast o szeroką autonomię i demokrację dla większego Tybetu. Przy takich rozbieżnościach nie mogło być mowy o dialogu.

W obliczu tego pata Dalajlama zmienił strategię i zaczął wykorzystywać siły zachodnie do wywierania presji na Pekin. Udało mu się umiędzynarodowić sprawę Tybetu, a przy okazji stał się jedną z najbardziej wpływowych postaci na arenie międzynarodowej. Z drugiej strony, pod koniec lat osiemdziesiątych dochodziło w Lhasie do wielu demonstracji. Administracja tłumiła je przy użyciu siły. Lała się krew. W końcu ogłoszono stan wojenny, który trwał aż czterysta dziewiętnaście dni. Wydarzenia te sprawiły, że społeczeństwa zachodnie, jak jeden mąż, stanęły po stronie Dalajlamy. Sprawa Tybetu stała się elementem regularnej krytyki Chin. Pekin nie cofnął się jednak pod wpływem zewnętrznych nacisków. Przeciwnie, stracił cierpliwość i usztywnił stanowisko. Wszelkie poczynania Dalajlamy na arenie międzynarodowej uznawano za wrogie knowania i winiono go za wszystko, co działo się w Tybecie.

W końcu rząd centralny zaczął rozumieć, że znalazł się w błędnym kole własnej polityki opresji. Tybetańczycy są głęboko religijni. Ludzie wierzący bezwarunkowo podporządkowują się duchowemu przywódcy. Dalajlama jest głową religii Tybetańczyków – oraz politycznym przywódcą na wychodźstwie.

To błędne koło ma oczywistą logikę. Jeśli dać Tybetańczykom wolność religii, będą czcili Dalajlamę. Jako przywódca religijny Dalajlama z łatwością może przenieść swoje wpływy duchowe na płaszczyznę polityczną i wykorzystać je przeciwko Pekinowi. Potencjał przekształcenia religii w broń polityczną postawił Chiny przed dylematem.

Nie ulega wątpliwość, że nie da się znów zakazać religii w Tybecie. Jedynym sposobem na wyjście z tego zaklętego kręgu była praca „nad” Dalajlamą. W 1994 roku zebrało się Trzecie Forum, by omówić zagadnienie Tybetu. Zdecydowano się na politykę twardej ręki. Aby zabić gada, trzeba odrąbać mu łeb. Dla Pekinu „głową” był Dalajlama. W 1995 roku, kiedy nie czekając na administrację państwową, rozpoznał inkarnację Panczenlamy, uznano go za jawnego wroga. Li Ruihuan, członek Stałego Komitetu Biura Politycznego KPCh, opisuje Dalajlamę takimi słowy: „Dalaj stoi na czele grupy separatystycznej, która spiskuje, by zdobyć niepodległość Tybetu. Stanowi narzędzie międzynarodowego ruchu antychińskiego. Jest nie tylko główną przyczyną i źródłem wszelkich niepokojów w społeczności tybetańskiej, ale i największą przeszkodą, uniemożliwiającą zaprowadzenie porządku wśród tybetańskich buddystów”.

Tyle że nie da się oddzielić Dalajlamy od buddyzmu tybetańskiego. Kampania przeciwko niemu nie może dotyczyć wyłącznie jego osoby ani ograniczać się do polityki. Nieuchronnie rozciągnie się na całą religię. Jeśli, na przykład, zechce się „zdemaskować i poddać krytyce” Dalajlamę, natychmiast trzeba zrobić coś z faktem, że jego portrety wiszą we wszystkich tybetańskich świątyniach i domach, gdzie codziennie oddaje się mu cześć. Jak „demaskować” go w takich okolicznościach? Cóż, Pekin kazał skonfiskować i zniszczyć zdjęcia Dalajlamy. Choć taka kampania mogłaby się powieść tylko w zamierzchłej przeszłości, w 1996 roku odtrąbiono jej rozpoczęcie w całym Tybecie. Pierwszy stawił opór Ganden, jeden z trzech największych ośrodków szkoły gelug. Ponad czterystu mnichów wznosiło niepodległościowe okrzyki i demolowało posterunek policji na terenie świątyni. Sera i Drepung oraz Dżokhang przestały na znak protestu odprawiać ceremonie religijne oraz zamknęły swoje szkoły, a nawet główne bramy.

„Klasztory to najważniejsze instytucje, do których przenika klika Dalaja – komentował protesty sekretarz Chen Kuiyuan. – Tam właśnie spiskuje, ukrywa się i mieszka większość jego stronników. Jeśli nie przejmiemy kontroli nad świątyniami, nie położymy kresu knowaniom kliki Dalaja, która wywołuje niepokoje w Tybecie i niszczy naród. Tym samym Tybet nigdy nie zazna szczęścia”. Postanowiono więc „wydrzeć klasztory Dalajlamie”. „Oczyszczano” oraz „ukrócano”, wysyłając do świątyń członków partii, urzędników państwowych i policjantów. Mnisi musieli ubiegać się o zaświadczenia wydawane przez służbę bezpieczeństwa. Tych, którzy nie zasługiwali na zaufanie władz, wydalano albo odwożono do rodzinnych domów. Inni trafiali do więzień. Tych, co zostali, zmuszano do publicznego manifestowania niechęci wobec Dalajlamy. Wprowadzono nowe przepisy, zacieśniające kontrolę – zakazano, na przykład, prowadzenia prac renowacyjnych i ograniczono liczbę duchownych w poszczególnych świątyniach. Klasztory nie mogły się kontaktować, zabroniono nauczania religii za ich murami. Partia komunistyczna decydowała nawet o rozpoznawaniu inkarnowanych lamów. Do zarządów świątyń weszli urzędnicy państwowi, co uniemożliwiało podjęcie jakiejkolwiek decyzji bez ich zgody.

Kampanię prowadzono nie tylko w klasztorach. Wszystkich członków partii i urzędników państwowych powiadomiono, że nie wolno im wierzyć w religię. Mieli traktować Dalajlamę jak wroga i usunąć jego portrety ze swoich domów. Zakazano posiadania ołtarzy i uczestniczenia w ceremoniach religijnych. Innymi słowy, nie wolno im było angażować się w żadne praktyki ani wystawiać na widok publiczny przedmiotów o symbolice buddyjskiej. Wprowadzono zakaz wysyłania dzieci do szkół, prowadzonych przez tybetański rząd emigracyjny. Osoby, które nie stosowały się do tych zarządzeń, narażały się na wydalenie z partii oraz utratę świadczeń i państwowej posady; uczniowie powtarzali rok. W strukturze administracyjnej TRA pracuje obecnie sześćdziesiąt tysięcy urzędników, a w przedsiębiorstwach państwowych sto pięćdziesiąt tysięcy osób; partia liczy dziewięćdziesiąt tysięcy członków. Osiemdziesiąt procent to Tybetańczycy. Szacuje się, że nowe przepisy zakłóciły życie ponad dziesiątej części populacji tybetańskiej (wliczając w to krewnych aparatczyków). Niektóre biura zarządziły wyrywkowe rewizje w domach pracowników. Podczas obchodów Saga Dały4 wszystkie departamenty musiały wydelegować ludzi do „monitorowania” uroczystości religijnych. W lokalnej telewizji nie wolno było pokazywać flag modlitewnych. Doszło do komicznej sytuacji: ekipy z innych prowincji z zapałem filmowały flagi modlitewne, żeby pokazać coś tybetańskiego, podczas gdy kamerzyści z Tybetu rozpaczliwie szukali ujęć, w których nie będzie żadnych przedmiotów kultu.

Władze nie miały środków, by zakazać udziału w świętach religijnych Tybetańczykom spoza sektora państwowego. Niemniej dawniej po takich uroczystościach ludzie urządzali pikniki, odwiedzali przyjaciół, pili piwo, grali w karty itd. Kobiety popisywały się najlepszymi sukniami i biżuterią. Za sprawą nowej polityki „wolności religii” zaroiło się jednak od posterunków, policjantów i szpicli. Po zakończeniu ceremonii ludzie natychmiast pierzchali do domów, obawiając się kary za świętowanie. W takich okolicznościach mała sprzeczka przy piwie łatwo może skończyć się aresztowaniem.

Co robi władza, zdając sobie sprawę, że nie może całkowicie zakazać religii? Po pierwsze dzieli ją na dwie kategorie: na to, co tolerowane, i na to, co zakazane. Na dwie grupy dzieli także Tybetańczyków: jednym wolno wierzyć, innym – kategorycznie nie. Ma przy tym nadzieję, że ci pierwsi połączą religię ze społeczeństwem socjalistycznym. Pozostali mają słuchać jej poleceń partii, bo są na partyjnym żołdzie. Tybetańczycy, którym płaci państwo, wierzyć nie mogą. Religia jest jednak integralną całością, której podzielić nie można. Istnieje od tysiąca lat. Atakując jeden element, dokonuje się inwazji na cały organizm. Komu przyszłoby do głowy, że religię da się połączyć z chwiejącym się socjalizmem? Jak można dzielić ludzi jednej rasy na dwie grupy i kazać im z sobą walczyć – zwłaszcza teraz, gdy na całym świecie z taką siłą ożywają nastroje nacjonalistyczne? Obawa przed utratą środków do życia potrafi pewnie zmusić garstkę Tybetańczyków do zastosowania się do takich rozkazów. Pieniądze nie są jednak sercem, które groźbami można tylko utracić.

Wszelkie próby narzucania podobnych podziałów to tylko środki doraźne. Tybetańscy dostojnicy z KPCh ujawniają swoje poglądy w broszurkach, zatytułowanych „Bóg kontra ateizm”, „Idealizm i materializm są sprzeczne”, „Religia: opium dla mas”, „Religia maluje fałszywy obraz świata”, „Walka z religijnym idealizmem o palmę pierwszeństwa na arenie filozoficznej” czy też „Reforma religijnych zasad i przykazań w celu dostosowania ich do społeczeństwa socjalistycznego”. Dla wiernych musi to brzmieć jak wypowiedzenie wojny. Ostatnie posunięcia władz w Tybecie są dla wierzących zorganizowaną, systematyczną kampanią, która ma zniszczyć religię. Turyści nie widzą różnicy. Wydaje się im, że oglądają normalne obrządki, niemniej restrykcje dotykają wszystkich „drogocennych klejnotów”: Buddy, Doktryny i Społeczności monastycznej, będącej żywotną siłą buddyzmu. Największym problemem dla tybetańskich duchownych nie jest wspomniana „kampania oczyszczania” klasztorów, lecz zakaz prowadzenia edukacji religijnej. Wiara pozbawiona wymiaru filozoficznego staje się zbiorem przesądów. Bez filozofii nie da się zrozumieć jej znaczenia. Brak filozofii musi nią w końcu zachwiać. Co gorsza, społeczeństwo goni za zbytkiem i wyznaje coraz niższe wartości moralne. Uniemożliwianie studiowania i zgłębiania myśli religijnej zagraża trwaniu dziedzictwa buddyzmu. Zakazy i ograniczenia tyczą także odprawiania rytuałów. Od ponad dziesięciu lat nie odbyły się egzaminy gesze lharampa5. Wiedza mnichów z Tybetu jest dziś znacznie mniejsza niż ich kolegów za granicą. Zrozpaczeni duchowni dowodzą, że popularne klasztory coraz bardziej przypominają muzea lub parki rozrywki. Wolność religii, sprowadzonej do zapalania lampek i składania pokłonów, ma tylko zamydlić oczy turystom. W gruncie rzeczy jest to znacznie gorsze od braku jakichkolwiek swobód religijnych.

Polityka Pekinu w Tybecie usztywnia się z dnia na dzień. Każdemu posunięciu rządu przyświeca jedna wytyczna: „Niszczyć przyczyny destabilizacji u korzeni”. W tym kontekście trudno jednak precyzyjnie zdefiniować „korzenie”, a „niszczenie” nie ma żadnych granic. To idealna recepta na autorytarną władzę, która dławi wszelką wolność. Stabilizacja, jaką osiągnięto dziś w Tybecie, jest pozorna. Tybetańczycy nawet nie próbują wypowiadać krytycznych ocen. Nie znaczy to przecież, że problem przestał istnieć. Deng Xiaoping wygłosił kiedyś niezwykle trafną uwagę: „najbardziej przerażającą rzeczą jest milczenie mas, które na nic nie narzekają”. Ludzie skarżą się, gdy wciąż mają nadzieję, że problem da się rozwiązać. Jeśli nie mówią już nic, to znaczy, że nadzieję stracili. Czekają tylko na wybuch.

 

Dalajlama i pragnienia Tybetańczyków

Z ateistycznej perspektywy Pekinu Dalajlama zdaje się nie mieć znaczenia, gdyż nie posiada armii ani nie kontroluje żadnego terytorium. Niemniej tym światem nie rządzi wyłącznie siła. Zapleczem Dalajlamy jest religia. W konfrontacji z nią administracja okazuje się bezradna. Historia uczy, że władza szybko przechodzi z rąk do rąk, podczas gdy religia trwa – dumna i niezachwiana. Pekin powinien starannie przemyśleć jedną kwestię: XIV Dalajlama nie był w Tybecie od ponad czterdziestu lat, dlaczego więc miliony Tybetańczyków, którzy nigdy go nie widzieli, pałają doń tak żarliwą wiarą? Przyczyna nie leży w jego uroku osobistym, lecz charakterze miejsca, jakie zajmuje w systemie religijnym. Dla Tybetańczyków Dalajlama jest ludzką emanacją Czenrezika, Bodhisattwy Współczucia; filarem nauk buddyzmu tybetańskiego oraz uosobieniem rodzimej tradycji, która łączyła politykę i religię. Jeżeli zniknie instytucja dalajlamy, runie pięćsetletni gmach buddyzmu tybetańskiego. Wzniesiona na fundamencie buddyzmu kultura straci znaczenie. Dla Tybetańczyków instytucja ta jest więc święta i po prostu nie wolno jej szargać.

Choć Pekin atakuje tylko Dalajlamę obecnego, który przebywa na wygnaniu w Indiach, dla tybetańskich buddystów czternastu dalajlamów nie jest czternastoma różnymi osobami, ale jedną manifestacją, ludzką emanacją Czenrezika. Nie ma więc żadnej różnicy między tym a poprzednimi. Pekin powtarza, że jest przeciwnikiem wyłącznie Tenzina Gjaco, który próbuje podzielić macierz, i że nie ma to nic wspólnego z jego poprzednikami – depcząc w ten sposób nie tylko wiarę w reinkarnację, ale i fundamenty religii Tybetańczyków. Deklarowanie poszanowania dla buddyzmu tybetańskiego przy jednoczesnym odrzuceniu XIV Dalajlamy nie ma zatem żadnego sensu.

Buddyści wierzą, że życie to bezustanna walka z cierpieniem. Jedyną drogą ucieczki przed nim jest osiągnięcie stanu buddy. Tylko w ten sposób można uwolnić się od cierpień cyklicznej egzystencji i cieszyć wiecznym szczęściem w „czystej krainie”. To właśnie ostateczny cel Tybetańczyków i treść ich życia. Najważniejszym aspektem tej wędrówki do oświecenia jest oddanie dla mistrza duchowego, będącego pomostem, który łączy wiernych z buddyjskim „rajem”. Tybetańczycy wierzą, że nawet jeśli Budda uśmiecha się do nich, nie zdołają tego dostrzec bez pomocy takiego nauczyciela. Codzienne modlitwy rozpoczynają więc od przyjęcia schronienia w najwyższym Mistrzu, a dopiero potem zwracają się do Buddy, Doktryny i Społeczności monastycznej. Nie ma on sobie równych jako drugi, po Buddzie Śakjamunim, przedmiot oddania.

Dalajlama zajmuje najwyższe miejsce w hierarchii. Jest mistrzem wszystkich mistrzów. Jego władzę uznaje każda szkoła buddyzmu tybetańskiego. W ostatecznym sensie Dalajlama jest najwyższym nauczycielem wszystkich wyznawców – a więc dosłownie wszystkich Tybetańczyków – buddyzmu tybetańskiego. Nie okazując szacunku najwyższemu mistrzowi, wierny dopuszcza się najcięższej zbrodni. Nie tylko przekreśla wszelkie poprzednie wysiłki zgłębienia buddyzmu i osiągnięcia oświecenia, ale też skazuje się na błądzenie w kole cierpień. Trzeba to pojąć, by zrozumieć, dlaczego Tybetańczycy nie mogą wyrzec się Dalajlamy i jak przeżywają wymierzone weń kampanie.

Czadrel Dziampa Trinlej, opat klasztoru Taszilhunpo w Szigace, był członkiem stałego komitetu Ogólnochińskiej Ludowej Politycznej Konferencji Konsultatywnej oraz wiceprzewodniczącym LPKK TRA. Na co dzień wykonywał polecenia Pekinu. Po śmierci X Panczenlamy powierzono mu zadanie odnalezienia nowej inkarnacji. I w tej ważnej kwestii, ściśle związanej z podstawami buddyzmu tybetańskiego, jasno pokazał, wobec kogo jest lojalny. Potajemnie informował Dalajlamę o wszystkim, co wiązało się z poszukiwaniami. Dzięki temu mógł on, nie czekając na Pekin, wskazać nową inkarnację Panczenlamy. Choć władze chińskie skazały za to Czadrela na sześć lat więzienia, niczego nie żałował. „Od Dalajlamy przyjąłem ślubowania gelonga6 i inicjacje – powiedział. – Muszę szanować życzenia lamy, który mi ich udzielił. Bez tego nie mógłbym wejść do Czystej Krainy”. Osoby, które praktykują, wierzą – a więc oddadzą za religię życie. Każąc im przedkładać doczesną partię komunistyczną nad wiarę, depcze się fundamentalny element religii. I, rozumie się samo przez się, dodaje chwały aktowi poświęcenia w imię wiary. Podczas „oczyszczania” klasztorów wielu mnichów nie chciało podporządkować się rozkazom komitetów demokratycznego zarządzania i atakować Dalajlamy, choć równało się to wydaleniu ze świątyni. Urzędnicy są z reguły bardziej podatni na naciski, gdyż zarabiają na życie dzięki rządowi. Popularne powiedzenie mówi: „W tym życiu zdaj się na partię, w następnym – na Dalajlamę”. Niemniej jednak konflikt tego rodzaju uniemożliwia zachowanie równowagi, ponieważ buddyści wierzą, że konsekwencje podłości, jakich dopuszczają się w tym życiu, poniosą w następnym żywocie. Innymi słowy, za wypłacane im pobory fundują sobie podróż do piekła. Władze przysparzają im więc mentalnych katuszy, które z czasem muszą zmienić się w nienawiść.

Przywódcy Komunistycznej Partii Chin nie potrafią tego zrozumieć. „W ostatnich latach – powiada sekretarz Chen Kuiyuan – wydawaliśmy więcej na odbudowę klasztorów niż na struktury partii i administracji. W niektórych regionach naszego kraju mamy dziś więcej klasztorów niż w chwili pokojowego wyzwolenia. Instytucje i przywódcy religijni powinni okazać więcej wdzięczności, a nie tolerować separatystów i ich nielegalną działalność”. Chen nie mówi tego głośno, ale wszyscy wiedzą, kogo ma na myśli. Materialne wsparcie go nie zadowoli. Pekin popełnia błąd, utożsamiając prawa człowieka z prawem do życia. Błądzi więc również wtedy, gdy uznaje, że polityka rozwoju gospodarczego jest synonimem polityki wobec narodowości. Klucz do tej ostatniej stanowią bowiem ludzkie umysły. Przedmioty nie są umysłem i nie można go za nie kupić. Zdarza się przecież, że ktoś podnosi rękę na matkę, która go żywiła. Tybetańskie przysłowie powiada: „Zrobili dla nas dziewięćdziesiąt dziewięć dobrych rzeczy, ale punkt setny i ostatni – to nas zabić”. „Zabić” oznacza tu zagładę tybetańskiej religii. Tybetańczycy uważają, że odbierając buddyzm, odbiera się im życie.

Niezależnie od tego, jaki będzie miała zasięg, obecnej kampanii przeciwko Dalajlamie nie da się porównać z okresem rewolucji kulturalnej. Wystarczy spojrzeć na renesans religii w Tybecie, by przekonać się, że systematyczne niszczenie buddyzmu ani na jotę nie zachwiało oddaniem Tybetańczyków dla Dalajlamy. Jakież rezultaty może zatem przynieść obecna kampania oczyszczania klasztorów i wyrzucania ludzi z pracy?

 

Problem Tybetu nie może już czekać

Wydaje się, że Pekin nie spieszy się z rozwiązaniem problemu. Najwyraźniej ma nadzieję, że z czasem rozwiąże się on sam. Ponieważ kontroluje Tybet, nie sądzi, by Dalajlama zdołał mu sprawić poważniejsze kłopoty. Co więcej, społeczność międzynarodowa potrzebuje życzliwości rządu, kontrolującego dostęp do chińskiego rynku. Nikt tak naprawdę nie chce walczyć z Chinami o sprawę Tybetu. Pekin myśli więc, że może spokojnie czekać na śmierć Dalajlamy, która pogrąży w otchłani niepamięci jego tybetańskich zwolenników i pozbawi Zachód tak chętnie oklaskiwanej gwiazdy. Tymczasem partia komunistyczna znajdzie nowego dalajlamę, którego będzie kontrolować i wykorzystywać do zjednania sobie poparcia Tybetańczyków. Zapomnijmy na moment o kłopotach, jakie może przynieść taka postawa. Zastanówmy się tylko nad tym, czy czas rzeczywiście dobrze wróży rozwiązaniu problemu. Nawet jeśli, to obecny system rządzenia Chinami musiałby dotrwać do chwili, gdy następne wcielenie Dalajlamy osiągnie pełnoletność. Czyli kilkadziesiąt lat. Dopiero wtedy będzie można mówić o rezultatach. Wszelkie zmiany w systemie czy łonie przywódców z definicji zniweczą wszystkie wysiłki. Takiej tezy nie da się więc obronić. Nikt nie wierzy, że ten system polityczny przetrwa jeszcze kilka dekad. Opór KPCh wobec reform nie zapobiegnie zmianom, co najwyżej może je spowolnić. W nowoczesnych społeczeństwach waśnie między różnymi narodami często pociągają za sobą zmiany polityczne. I takie właśnie konflikty stanowią wyzwanie, przed którym stoi partia.

Dla Pekinu „Tybet” jest dziś „tybetańskim regionem Chin” – jednym Tybetańskim Regionem Autonomicznym, dziesięcioma Tybetańskimi Prefekturami Autonomicznymi oraz dwoma Tybetańskimi Okręgami Autonomicznymi. To w sumie 2.250.000 kilometrów kwadratowych, czwarta część terytorium Chin. Tybetański rząd emigracyjny mówi o „Tybecie większym” o powierzchni dwóch i pół miliona kilometrów kwadratowych. To, czy Tybet – historycznie – należy do Chin, jest kwestią otwartą. Jeśli spojrzeć na nią z punktu widzenia prawa, możliwe są obie odpowiedzi. Sprawa Tybetu jest niewątpliwie najbardziej nagłośnionym problemem mniejszości narodowej. Niemal wszystkie państwa zachodnie stoją po stronie Dalajlamy. Prawie cały Zachód uważa, że Pekin uciska Tybetańczyków. W latach 1959-65 Organizacja Narodów Zjednoczonych przyjęła w tej sprawie trzy rezolucje. Wszystkie one mówiły o Tybecie jako o suwerennym państwie. Choć Chiny wydają się go kontrolować, nie znaczy to wcale, że nie ma tu elementu ryzyka. Biorąc pod uwagę rozpad Jugosławii i przedkładanie przez Zachód praw człowieka nad suwerenność, państwa zachodnie mogą – jeśli w polityce międzynarodowej zajdą zmiany – zrewidować stanowisko i poprzeć samookreślenie Tybetu, który odłączy się wówczas od Chin i stanie niepodległym państwem. Społeczność międzynarodowa jest głęboko przekonana, że nikt nie ma takiego tytułu do reprezentowania Tybetu jak Dalajlama. W pewnych okolicznościach jego życzenia mogą więc stać się prawem. Choć wielokrotnie mówił, że chce, by Tybet pozostał w granicach Chin, nie potwierdzono tego wiążącymi negocjacjami. Może więc w każdej chwili wycofać tę propozycję i opowiedzieć się za niepodległością. Odpowiedzialnością za zmianę stanowiska obarczy Pekin, który nie raczył odpowiedzieć na jego wcześniejsze inicjatywy, i bez trudu zyska poparcie opinii publicznej na Zachodzie.

Póki Chiny będą silne i stabilne, nic takiego się nie wydarzy. Jeśli jednak dojdzie do niepokojów społecznych i politycznych, państwo stanie się bardzo słabe. Rosja, na przykład, nadal ma poważne kłopoty, choć jej społeczeństwo nie wrze. Ponieważ Chiny wciąż uchylają się przed reformowaniem systemu politycznego, przyszłe wstrząsy będą silniejsze i trudny okres potrwa dłużej. Co się wydarzy, jeżeli dojdzie do głębokiej recesji gospodarczej i innych prowincji nie będzie stać na zajmowanie się Tybetem? Można poszukać odpowiedzi w historii i spojrzeć, co działo się z nim podczas rewolucji Xin-Hai7. Sytuacja wyglądała bardzo podobnie. I cóż się stało? Tybet wydalił wszystkich Chińczyków i przez niemal czterdzieści lat był całkowicie niepodległym państwem.

Preludium do niepodległości Tybetu może być już kilka miesięcy destabilizacji w Chinach. Posiadając powszechnie uznawanego przywódcę i dojrzałe, kształtowane przez czterdzieści lat struktury rządowe, Tybetańczycy mogą zejść z drogi środka i ruszyć ku niepodległości z takim impetem, iż stanie się ona faktem, nim Chiny przywrócą porządek i będą mogły zająć się rubieżami. I nawet gdyby wciąż były zdolne do uporania się z tym problemem, może się wówczas okazać, że muszą stawić czoło całemu zachodniemu światu. Odzyskana krucha równowaga i wreszcie samo przetrwanie Chin byłyby zapewne uzależnione – w związku z militarną słabością w obliczu takiego przeciwnika – od woli państw zachodnich. Postępująca globalizacja czyni ten scenariusz coraz bardziej prawdopodobnym. Kiedy Zachód uzyska kontrolę nad kluczowymi gałęziami gospodarki Chin, będzie mógł im narzucać swoją wolę bez odwoływania się do przewagi militarnej. Wystarczy mu ekonomia. Moim zdaniem, zachodnia fascynacja Tybetem i stanowcze poparcie polityczne dla Dalajlamy sprawiają, że ewentualne sankcje przeciwko Pekinowi są całkiem prawdopodobne. Z tych też powodów Dach Świata stanowi problem znacznie poważniejszy niż Xinjiang. Kwestię Tybetu charakteryzują: niepewna suwerenność, umiędzynarodowienie, poparcie społeczeństw Zachodu, stosunkowo dojrzały rząd emigracyjny, niezwykle wpływowy, wielbiony przez rodaków przywódca, przewaga liczebna Tybetańczyków i uzależnienie od Chin wewnętrznych. W Xinjiangu nie ma wszystkich tych czynników, a te, które się pokrywają, są znacznie słabsze. Sprawia, że niepodległość Tybetu – i autodestrukcja Chin – jest rzeczywiście w zasięgu ręki. Fakt, iż Pekin wciąż uchyla się od przeprowadzania reform politycznych, stwarza Tybetańczykom dodatkową szansę, na którą czekają od tak dawna.

Xinjiang znajduje się w centrum uwagi dlatego, że dokonuje się tam aktów gwałtu. Ilekroć Chiny się destabilizują, dochodzi tam do rzezi. Jeżeli Tybet odzyska niepodległość, Xinjiang niemal na pewno odłączy się od Chin. Sprawa Tybetu jest więc kluczem do wszystkich problemów narodowościowych w Chinach. Rozwiązanie jej oznaczać będzie rozstrzygnięcie wszystkich kwestii tego rodzaju. I odwrotnie.

Dalajlama ma sześćdziesiąt pięć lat. Dzięki dobremu zdrowiu i osiągnięciom nauki może spokojnie żyć jeszcze dziesięć, dwadzieścia lat. W tym okresie musi dojść do politycznej transformacji Chin. A to sprawia, że Dalajlama jest jeszcze ważniejszy. To on decyduje o tym, co zrobi Tybet. Tybetańczycy zawsze pójdą za nim. Jego życzenie jest dla nich rozkazem. Mnisi gotowi są oddać zań życie. Rząd emigracyjny wypełnia wszystkie polecenia. Społeczność międzynarodowa liczy się z jego zdaniem i udziela mu jednoznacznego poparcia. Jeżeli Pekin będzie widzieć w nim wroga i nie zaproponuje mu dialogu, zmusi go, gdy nadejdzie po temu czas, do poparcia idei niepodległości. Kiedy presja stanie się tak silna, że nie da się już odwlekać reform społecznych, w jego osobie zejdą się wszystkie czynniki, przemawiające za separacją, co spotęguje prawdopodobieństwo odłączenia Tybetu od Chin. Pod tym względem Dalajlama jest potężniejszy niż wielotysięczna armia. Ten, kto nie docenia jego wpływów, popełnia wielki błąd, za który przyjdzie zapłacić bardzo wysoką cenę.

Z drugiej strony, jeśli Pekin zechce podjąć rozmowy i uczciwe negocjacje z Dalajlamą, wyrażając gotowość do przyjęcia jego propozycji „pozostania w granicach Chin”, natychmiast rozwiąże problem i zyska podstawy prawne do swoich roszczeń wobec Tybetu. Pretensje te są słabe, ponieważ brakuje dokumentów, które byłyby ważne z perspektywy prawa międzynarodowego. Świat widzi w Dalajlamie reprezentanta Tybetańczyków. Podpisany przezeń dokument uchodzić będzie za wyraz woli narodu. Umowa taka zapobiegnie oderwaniu Tybetu. Od tej chwili ani Tybetańczycy, ani Zachód nie będą mieli tytułu do zabiegania o niepodległość, która stanie się kwestią akademicką, nie polityczną. Świat uzna taki dokument za prawnie wiążący tylko wtedy, gdy będzie na nim podpis XIV Dalajlamy. Tybetańczycy przystaną wyłącznie na rozwiązanie, na które zgodzi się on.

Skąd ta pewność? Po pierwsze, XIV Dalajlama opuścił kraj jako niekwestionowany przywódca polityczny i duchowy. Ma więc pełny tytuł do podpisania takiego dokumentu. Po wtóre, nikt nie może zakwestionować tego statusu. Powszechnie uznaje się go za najwyższego mistrza wszystkich Tybetańczyków, którzy bezwarunkowo akceptują jego zdanie. Po trzecie, nie ma wreszcie nikogo innego, kto spełniałby dwa poprzednie warunki. Nawet jego inkarnacja nie będzie posiadać takich przymiotów, gdyż zabraknie jej doświadczenia w rządzeniu Tybetem. Jeżeli XIV Dalajlama odejdzie przed rozwiązaniem problemu, niemal na pewno będziemy mieli dwóch dalajlamów. Dalajlama, którego mianuje Pekin, będzie dla Tybetańczyków marionetką i nie zyska statusu najwyższego mistrza. Nie zaakceptuje go również społeczność międzynarodowa.

Z drugiej strony, sama kontrowersja utrudni przyjęcie dalajlamy, wskazanego przez diasporę. Wątpliwa tożsamości najwyższego przywódcy sprawi, że dokumenty podpisywane przez obu dalajlamów będą kwestionowane przez wielu ludzi.

Tybetańczycy nie są dziś zgodni co do przyszłości Tybetu. Większość uchodźców opowiada się za niepodległością i wyklucza pozostanie w granicach Chin. Mówi się, że spośród stu trzydziestu tysięcy Tybetańskich uchodźców tylko jeden nie obstaje przy niepodległości. Sam Dalajlama. Z badań opinii publicznej wynika jednak, że 64,4 procent uchodźców poprze jego stanowisko. W 1997 roku parlament emigracyjny przyjął rezolucję, upoważniającą Dalajlamę do podejmowania decyzji w sprawie przyszłego statusu Tybetu bez przeprowadzania referendum. Osobiście zadawałem to pytanie wielu Tybetańczykom z różnych regionów Chin. Zdecydowana większość udzielała takiej samej odpowiedzi: poprą decyzję Dalajlamy. Dlatego też jestem przekonany, że jego wola będzie stanowiskiem większości Tybetańczyków. Zaproponowane przez niego rozwiązanie zyska przytłaczające poparcie.

Ugoda między Chinami a Dalajlamą będzie zatem miała wielką wagę. Jeśli podpisze ją przywódca Tybetu z pewnością zostanie przyjęta w referendum, zyskując w ten sposób legitymację najwyższą. Nie będzie żadnych podstaw prawnych do jej kwestionowania. Z drugiej strony, bez XIV Dalajlamy rezultat głosowania nad tym samym traktatem może być zgoła inny. Nie znając stanowiska najwyższego mistrza, każdy Tybetańczyk będzie miał własne zdanie oraz tytuł do wygłaszania krytycznych opinii. Prędzej czy później, gdy w Chinach zaprowadzony zostanie system demokratyczny, i tak dojdzie do referendum. Czy Pekin odważy się wówczas na zasięganie opinii Tybetańczyków? Bez autorytetu Dalajlamy pierwsze skrzypce zaczną grać skrajni nacjonaliści, którzy mogą, korzystając z mechanizmów demokratycznych, zjednać sobie wielu rodaków. Jak zareagują Chiny, jeśli okaże się, że większość chce niepodległości Tybetu?

Z punktu widzenia długofalowych interesów chińskiego państwa odwlekanie decyzji i czekanie na śmierć Dalajlamy jest błędem. To po prostu zła polityka. Z wyłuszczonych wyżej powodów należy korzystać z jego dobrego zdrowia i jak najszybciej wypracować konstruktywne rozstrzygnięcie, które zaakceptują wszyscy zainteresowani. Czas nie jest ani sojusznikiem Dalajlamy, ani Pekinu. Co więcej, Chinom służy gorzej. Nie powinny więc one traktować Dalajlamy jak przeszkody. W rzeczy samej, jest on kluczem do trwałego rozwiązania.

Jeżeli problem zostanie rozwiązany jak należy, klucz zostanie w drzwiach.

 

Nie ma szans na negocjacje” – fałsz

W ostatnich latach pekińscy dygnitarze, którzy odpowiadają za sprawy tybetańskie, nieodmiennie występują przeciwko Dalajlamie i powtarzają, że nie ma szans na negocjacje. Ciągłe atakowanie Dalajlamy i „filozofia walki” ranią uczucia Tybetańczyków. Dopóki nie wróci on do ojczyzny i jego ziomkowie będą oddzieleni od swego najwyższego mistrza, dopóty nie rozwiąże się problemu Tybetu. Pekin planuje mianowanie nowego dalajlamy. Nie ulega wątpliwości, że nie będzie to łatwe. XIV Dalajlama ogłosił już, że jeśli umrze na wygnaniu, nie odrodzi się na ziemiach kontrolowanych przez Chiny, ponieważ celem inkarnacji jest kontynuowanie pracy i misji poprzednika, a nie ich niszczenie. Pekin może oczywiście zignorować te oświadczenia i siłą narzucić własnego kandydata. Niemniej w procesie poszukiwania tulku kluczowe znaczenie mają intencje i wskazówki wcześniejszego wcielenia. To właśnie na ich podstawie szuka się następcy. Obecny Dalajlama nie pozostawia cienia wątpliwości co do swych zamierzeń. W takich okolicznościach Tybetańczycy nigdy nie zaakceptują dziecka mianowanego przez Pekin. Chiny nie tylko nie osiągną więc celu, ale stworzą nową płaszczyznę poważnej konfrontacji.

„Jeżeli zdobędziesz serce ludu, możesz panować nad całym światem”, powiada stare przysłowie. Kluczem do rozwiązania problemu Tybetu jest zdobycie zaufania Tybetańczyków, a to nie ma żadnego związku z tempem rozwoju tybetańskiej gospodarki. Pekin musi zrewidować własną politykę, która każe mu widzieć w Dalajlamie wroga i sprawia, że traci poparcie milionów ludzi. Czy byłoby to sprytne posunięcie? Nawet ateista i komunista może traktować Dalajlamę jako wytrawnego polityka. Rządząc krajem, Pekin powinien starać się zrozumieć Tybetańczyków, ich religię i uczucia. Już starożytni cesarze wiedzieli, iż „zdobycie serca ludu jest najlepszą metodą rządzenia”. Wciągając słowo „lud” na sztandary, partia komunistyczna nie powinna li tylko sprawować władzy, ale też autentycznie zabiegać o zaufanie pięciu milionów Tybetańczyków. Najlepszym metodą osiągnięcia tego celu jest współpraca, a nie walka z Dalajlamą. Dzięki niej obie strony zyskają szansę na wypracowanie, na drodze dialogu, korzystnego dla wszystkich rozwiązania. Da to również Tybetańczykom przestrzeń do swobodnego praktykowania religii, przynosząc pożytek nie tylko im, ale przede wszystkim Chińczykom, którzy od tak dawna żyją w kraju pozbawionym wiary.

Pekin może dowodzić, że otworzył już drzwi dla Dalajlamy, ale ten zaprzepaścił szansę, gdyż okazał się zbyt uparty. Moim zdaniem, nie wolno jednak winić go za fiasko negocjacji, podjętych w latach osiemdziesiątych. Propozycje Hu Yaobanga sprowadzały się do statusu Dalajlamy i nie dotykały samego problemu Tybetu. Gdyby przyjął on stanowisko wiceprzewodniczącego, czyli tytuł, z którym nie wiąże się żadna władza, uznano by, że się poddał, a nie nawiązał współpracę. Latami poświęcał się w imię zasad. Będąc nie tylko przywódcą, ale i duszą Tybetu, musiałby być niespełna rozumu, przyjmując taką ofertę.

Współpraca z Dalajlamą nie sprowadza się więc do jego statusu. W ogóle nie powinna dotyczyć poszczególnych osób, lecz sprawy Tybetu. Należy odnieść się do jego inicjatyw w kategoriach interesów regionu. Niestety, wydaje się, że w to nie wierzy już nikt. Wygląda na to, iż Pekin i Dalajlama oraz jego zwolennicy nie mają wspólnej płaszczyzny. Istnieją tylko dwa wyraźnie zarysowane stanowiska i przepaść między nimi – przepaść, którą trudno zasypać. Obie strony zabrnęły w ślepe zaułki.

Jeśli jednak uważnie przeanalizować ich propozycje, okaże się, że wcale nie muszą być one sprzeczne. Pekin pragnie zapewnić Chinom panowanie nad Tybetem. „Możemy rozmawiać o wszystkim z wyjątkiem niepodległości”, mówił Deng Xiaoping. Dalajlama, z kolei, odpowiada: „Nie zabiegam o niepodległość. Wielokrotnie powtarzałem, że chcę, by Tybetańczycy mieli możliwość autentycznego kierowania własnymi sprawami, aby móc zachować swoją cywilizację oraz rozwijać jedyną w swoim rodzaju kulturę, religię, język i tradycje. Moją największą troską jest przetrwanie narodu tybetańskiego z jego unikalnym, buddyjskim dziedzictwem kulturowym”.

Jedna strona domaga się zwierzchnictwa, druga – religii i kultury. Nie ma powodu, by nie mogły one z sobą współistnieć. Co ciekawe, Dalajlama często podkreśla, że nie zabiega o niepodległość, Pekin zaś ciągle obiecuje, że będzie chronić tybetańską kulturę i religię. Wypada uznać, że obie strony nie przestrzegają swoich zobowiązań – przeciwnie, rośnie wzajemna wrogość. Dlaczego?

Problem leży w braku zaufania. Dalajlama tak określa kryteria: „Chińczycy nie powinny niepokoić się niepodległością Tybetu. Tybetańczycy nie mogą obawiać się niszczenia swych klasztorów. Niechaj jedni i drudzy darzą się zaufaniem”. Zaufania nie zbuduje się jednak żadnym przemówieniem. Trzeba wiarygodnych zapewnień. „Niech Tybetańczycy kierują swoimi sprawami wewnętrznymi i swobodnie decydują o rozwoju społecznym, gospodarczym i kulturalnym”, mówi Dalajlama. Innymi słowy, domaga się prawdziwej autonomii i systemu demokratycznego dla większego Tybetu. Oraz chronienia tybetańskiej religii i kultury. Bez tego nie ma mowy o zaufaniu Tybetańczyków.

Pekin też nie może patrzeć z ufnością na „prawdziwą autonomię” czwartej części swojego terytorium. Po części dlatego, że autorytarne rządy nie mają skłonności do dzielenia się władzą. Niemniej i władcy, czy to autorytarni, czy to demokratyczni, też cierpią na pewne ograniczenia. Dla mnie „większy Tybet” jest tylko regionem. „Prawdziwa autonomia” również nie powinna stanowić większego problemu. Jeśli nie będzie groźby niepodległości, powierzenie kontroli Tybetańczykom zmniejszy tylko finansowe obciążenie Chin. Jedyny kłopot sprawia „system demokratyczny”. I nie mam tu na myśli zagrożenia, jakim jest demokracja dla władzy autorytarnej. Idzie o wyzwanie, jakie stanowi ona dla chińskiego panowania nad Tybetem. Nie zniknie ono nawet po zdemokratyzowaniu całego kraju. Społeczeństwo, które nie ma takiej tradycji i wlecze potężny bagaż nienawiści, łatwo może wykorzystać demokrację do podsycania nacjonalizmu. W nagle otwartej przestrzeni społeczeństwo, elity i media często doprowadzają do „syndromu placu”. Niemal na pewno bylibyśmy świadkami wyścigu do skrajności. Ekstremiści zawsze są w nim górą. Wszystko to widzieliśmy już na Tiananmen w 1989 roku. Załóżmy, że demokratyczne mechanizmy – referendum, głosowanie, opinia publiczna, wolność słowa – uruchomią „syndrom placu” i zaowocują niepodległością. Żaden chiński przywódca nie zgodzi się na utratę „większego Tybetu”, czyli czwartej części powierzchni kraju. Musi to niepokoić nie tylko obecny reżim autorytarny, ale i, nawet w większym stopniu, przyszłe rządy demokratyczne. Dziś Pekin może bowiem rozwiązać problem, sięgając po przemoc, a nowe władze nie zdołają usprawiedliwić gwałtu na demokracji.

Rozdźwięk między Pekinem a Dalajlamą tyczy więc nie celu, lecz środków jego osiągnięcia. Rozbieżność celów w oczywisty sposób uniemożliwiałaby współpracę. Nie ma jednak powodu, by obie strony były wobec siebie wrogie tylko dlatego, że posługują się innymi metodami. Musimy skupić się na jednym. Czy jest sposób na wypracowanie takiej demokracji, która nie doprowadzi do „syndromu placu”? Jeżeli Chiny będą pewne swego panowania nad regionem, nic nie powinno stanąć na przeszkodzie idei „prawdziwej autonomii większego Tybetu”. To zaś sprawi, iż Tybetańczycy zyskają pewność, że mogą chronić i rozwijać swą unikalną kulturę.

Problem Tybetu ma wiele wymiarów. Wierzę jednak, że można go rozwiązać, jeśli tylko znajdziemy odpowiedni klucz.

 

Lhasa i Pekin, maj-lipiec 2000

 

1 „Czwarty czerwca” 1989 roku.

2 Oczywiście – statystyczny.

3 Linii „przekazu nauk”.

4 Czwarty, święty miesiąc kalendarza tybetańskiego.

5 Odpowiednik doktoratu z filozofii buddyjskiej.

6 W pełni wyświęconego mnicha.

7 Powstanie w 1911 roku.

 

Wang Lixiong – chiński intelektualista, popularny pisarz, historyk i ekolog, autor zakazanego w ChRL bestsellera Huanghou („Żółte zagrożenie”), w ostatnich latach zajmujący się głównie kwestią Tybetu.

 

 

 

Tłumaczenie: HFPC